O Londynie mialo byc. Bo to tu sie rozgrywa wszystko, co narazie dla mnie najwazniejsze.
Miasto, zlepek dzielnic, wioseczek, prawie miasteczek. Sama nie pamietam, ile razy sie przeprowadzalam. Dwa razy mialam chcec rzucic wszystko w cholere i wrocic z placzem do domu, do mamy. We Wroclawiu mniejsze prawdopodobienstwo, ze ktos mnie zastrzeli. Ze jak spytam o wakacyjna prace w knajpie to uslysze, ze kelnerek to nie potrzebuja, ale znajoma Rosjanka potrzebuje masazystek do salonu, w ktorym relaksuja sie bogaci panowie. I ze doswiadczenie mi niepotrzebne, bo wydaje sie mila... We Wroclawiu, nawet jesli zaplacze sie w okolicach Trojkata Bermudzkiego, to nie poleci taka ilosc sliskich rasistowskich tekstow od kolesi stojacych w bramach.
A tu? Ide sobie wczoraj na targ, ktory jest afro-karaibska odmiana targu w Miliczu. Bo mieszkam w takim miejscu, ze jak pojde w lewo, to zaczyna sie wielka kasa, piekne samochody, drogie domy i ludzie, ktorzy mieszkaja w nich tylko w weekendy, bo w tygodniu zyja w firmach. Plus tabuny turystow, no bo poludnik zero, obserwatorium, moja piekna szkola, oraz kiedys statek, ktory sie wzial i spalil ( i nie, nie dlatego, ze ja stalam w poblizu z papierosem, jak twierdza niektorzy). Czyli Greenwich.
Jak pojde w prawo, to najpierw jest osiedle komunalne, gdzie bluzgaja na mnie nie tylko 'kolesie', ale nawet czesciej 'kolesiowy'. 147 gosci z wyrokami za gwalty (nie trzeba sie bac, bo ponoc sa monitorowani przez policje,hmm) w tej tylko jednej dzielnicy. Czyli co ktory mijany na ulicy? Im dalej w prawo, tym kasy coraz mniej, smieci wiecej, piekne domy zamienione w squaty. Inny kod pocztowy, niz dwie ulice dalej, inny swiat. Lewisham. Nawet moja kolezanka, ktora ma w sobie 8 rodzajow krwi (od jamajskiej po szkocka, ale z przewaga karaibskiej), smieje sie, ze mieszkam w getcie i pyta, czy mam swoj bialy gang i jak to mozliwe, ze jeszcze nikt mi nic nie zrobil, nie zadzgal etc.
Tez nie wiem, jak to mozliwe. Ale wiem, ze tu mam najfajniejszych sasiadow (staruszke, ktora mowi, ze jak ona zrobi impreze, to my studenci mozemy sie schowac...), to tu jest najmilsza obsluga na stacji pociagowo-kolejkowej. Ba! Nawet regularnie zaczepiaja mnie dwaj mlodziency z jakiegos amerykanskiego kosciola, ktorzy sa tu z misja nawracania. Dusze moja ratowac chca i kazdorazowo mowia mi cos w stylu, ze widac, ze moja dusza jest zagubiona (a ja grzecznie przytakuje, zamiast im powiedziec, zeby wypierdalali)i ze moze wpadlabym na sesyjke do kosciola, to mi te dusze pomoga zreperowac. Calkiem niezle, jak na poludniowy Londyn "gdzie kazdy nosi bron".
O tym, czy nosi, czy nie nosi, wole sie nie przekonywac. Ale chyba raczej nosi. W drodze na ten sam targ musze przejsc waska uliczka, miedzy samochodami. W poprzek stanal granatowy jaguar. Jak sie tu mieszka, to sie nie ma jaguara. Wiec stanal wczoraj ten woz, zasblokowal wszystko i wszystkich. Kierowca obwieszony zlotem , nawija przez komorke i ma gdzies, ze za nim samochody, przed nim samochody plus Iza probuje sie jakos przedostac. Czekam az sie pajac w bizuterii ruszy, kierowcy zaczynaja trabic. Pan pokazal wszystkim, wlacznie ze mna, srodkowy palec i tak mi sie to ladnie skomponowalo z tym, co w sluchawkach: "takie spojrzenie testamentem zalatuje" (Fisz, "Czerwona Sukienka"). I jeszcze mi sie przypomnial napis na naszym osiedlu na Czajkowskiego, na jakims murze: "witajcie w krainie, w ktorej obcy ginie".
To tylko taki wycinek Londynu, ten, ktory oswoilam najbardziej. Sa jeszcze inne fajne miejsca, ale narazie musze isc powalczyc do szkoly, bo grunt pali mi sie pod nogami.
Tuesday, 4 March 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment