Saturday, 26 July 2008

Wroclaw Non Stop!!!




Na nic knucie o sierpniowych Bieszczadach, do Polski trzeba bylo leciec praktycznie z dnia na dzien i wedrowac prosto do banku, bo biurokracja zrobila ze mnie bankruta (na szczescie tylko chwilowo). Wyszly z tego dwunastodniowe wakacje i gdyby nie kolejna trauma dentystyczna (ktora pochlonela 5 dni i czesc oszczednosci), to wszystko byloby pieknie! A tak nie udalo mi sie nawet posmigac rowerem po Dolinie Baryczy.
Ale ale...
Wroclaw latem to jest to! Mniejsza z rozkopami i chaosem komunikacyjnym. Wroclaw Non Stop i wplatajacy sie wen festiwal Era Nowe Horyzonty to klasa sama w sobie i juz wiem, ze za rok bedzie karnecik. Ostatnie dwa dni wolne od wiertel i pilnikow dentystycznych spedzilam w kinie, a to nawet nie ulamek tego, co bylo w ofercie. No i niestety minelam sie ze znajomymi ze studiow, ktorzy przylecieli do Wroclawia specjalnie na Ere. A poza konkursem filmowym, retrospektywami przeroznej masci, wystawami o tematyce filmowej i tradycyjnymi seansami filmowymi, mozna tez bylo, za darmoszke, wieczorem ogladac filmy na rynku, ktory przebija kazda sale kinowa! Wiec w brode sobie pluje, ze tylko na dwa dni sie zalapalam i ze tyle mi z Wroclawia Non Stop umknelo. A ze w domu w lecie nie bylam od 3 lat, to nacieszyc sie tym wszystkim nie moglam i kusilo, zeby na samolot w niedziele nie zdazyc.
Lis jak zwykle nie zawiodl i zjechal, razem z totalnie organiczna cytrynowka. Udalo nam sie w ostatniej chwili wyhaczyc bilety na Manu Chao, ktory przez 2,5 godziny trzasl Wyspa Piaskowa i byl to chyba jeden z najlepszych koncertow, na jakich bylam!

A tu wracam na stare smieci i od pierwszego dnia bajzel. Wszystko od poczatku: szukanie kredytu i domu, przy rownoczesnej probie cieszenia sie latem i znajomymi, bo to ostatnie takie lato!

Tuesday, 1 July 2008

See Da Moofin?

Polnoc prawie, a upal wpycha sie do pokoju przez otwarte okna. Pol dnia zajelo mi zwalczenie skutkow wczorajszego naduzycia francuskiego wina. Bo poszlam na spacer i zawedrowalam do Binnie Court, akademika, w ktorym mieszkalam na pierwszym roku. Szwedzka ekipa wlasnie wprowadzila sie tam na czas letni, ale zanim sie wprowadzili zdazyli pojechac do Francji i przywiezc kosmiczne ilosci winka dobrego, co smakuje jak soczek i dlatego sie latwo spozywa. Nawet sie okazalo, ze umiem zagrac na mandolinie pare dzwiekow potrzebnych do odspiewania sredniowiecznej piesni...
Dzis jeden ze Szwedow przywedrowal na obiad i wypilismy trzy kartony soku. Meczaca sprawa, to bezrobocie. Szwed musial wyprodukowac sobie zdebilala wersje cv, bo jest zbytnio wykwalifikowany, zeby dostac jakas prace przez agencje tak od razu. Wiec jak wymazal juz to, co wazne, zostala mu kopia, ktora calkiem przypomina moje cv w wersji dopieszczonej...Sie pocieszam, ze chlop 10 lat starszy. Wiec zamiast sie stresowac, poogladalismy kilka razy klip ze szwedzkim kucharzem z mapetow, ktory strzela ze strzelby do muffina zeby zrobic paczka.
Poza byciem bezrobotnym, dobrze wyksztalconym mlodym czlowiekiem, zajmuje sie cala masa rzeczy, ktore powstrzymuja mozg od calkowitego zgabczenia. Trzy nowe dvd przywloklam z Guildford i magazyn Wire, dla ktorego chcialabym kiedys pracowac. Czekam na kolejny odcinek Ianowych wycieczek i wsciekam sie na ceny biletow lotniczych do Polski. Nawet wyprawa do Rzeszowa (skad juz blisko w Biszczady) zakrawa o luksus. Taniej wynioslaby mnie cholerna Hiszpania niz Katowice. Moze cos drgnie do sierpnia, to wezme urlop z pracy ktorej jeszcze nie mam, i polecim ze Skimba, a Lisu dojedzie i bedziemy jak Thelma i Louise, tylko ze we trzy! Domniemany Niemiec spedzi lato w British Library, wiec mam wolna reke. Poza tym, nalezy mi sie. Plan piecioletni dobiegl konca, a sil przed kolejnym okrazeniem trzeba nabrac.