Wednesday, 22 October 2008


Najwazniejsz, ze Steve K. przyszedl, pierwszy raz od trzech lat, na ceremonie. I ze zostal z nami w Gypsy Moth do konca. I ze tak mocno w nas wierzy. Niektorzy nie przyszli, ale to juz chyba przebolalam. Rodzice przylecieli, wzruszeni na swoj sposob. Wiec bylo prawie tak, jak chcialam. Durna toga i jeszcze gorsza czapka ni cholery nie trzymaly sie ustalonej pozycji. Nikt z nas nie spodziewal sie, ze na sekundy przed wyczytaniem kazdego nazwiska i wejsciem na scene beda nam sie trzesly rece i serca mocniej zabija. Bo ceremonia w stylu kanclerza i baronowej, ktorzy na co dzien wchodza w dupe Tonemu Blairowi (Steve K. nazywa ich nazistami i 'c****'). Pieprzenie o dotacji i misji uniwersytetu.
No ale udalo sie. Nie wyrznac na schodach przy wchodzeniu na scene, nie popatrzec na Gautiego, kiedy czytano moje drugie imie i katem oka widzialam jak on zwija sie ze smiechu.
Udalo mi sie natomiast, ku mojemu przerazeniu, pomyslec, ze G jest calkiem seksowny. Chociaz moze to akurat wplyw czytanej ponownie Abby Lee. Ktora nota bene z G sie przyjazni. I cale szczescie, ze sobie wczesniej poszedl, a Steve K odstawil mnie do domu. A nie na odwrot.

Sunday, 19 October 2008

Rozdanie dyplomow jutro. Jeszcze na Greenwich. I czym ja sie stresuje?Tym, ze nie wiem co ubrac, ze nie zdazylam zafarbowac wlosow, ze to juz naprawde koniec?Jeszcze dwa miesiace temu mialam glowe pelna wyobrazen, a jutro bede sie musiala ze zachowac z fasonem, bo bedzie tam ktos, kto wlasnie mi to wyobrazenie spieprzyl.
Rodzice dzis przylecieli. Jednak sie doczekali:] Chociaz od kilku dobrych tygodni wsiakam w LCC, dalej czuje sie mocno zwiazana z Greenwich. Dzis przypomnialo mi sie wszystko: Edgware, Tom, Guildford. Vera wyjechala, wiec Islandczyk bezkarnie zabral mnie na kolacje. Przejal robote po Ianie, ktory poszedl sie zakochac i do tej pory nie wrocil. Zweryfikowaly sie moje poglady na temat platonicznej przyjazni z gatunkiem meskim.
Nic to.

Saturday, 11 October 2008

Friday, 10 October 2008

tooot tooot!

Plecak wrocil do lask, bo nowe studia to nie tylko tony papierow, wydrukow, magazynow (moze by tak wreszcie wspomniec kierunek: Magazine Publishing) i innych pierdol, ale tez dzienne wyzywienie. Bo tu wlasciwie mieszkam od srody do piatku. Troche to przypomina edytowanie pod koniec roku w Greenwich, tylko dalej od domu, paskudny budynek i mniejsza swawola. Przedmioty, ktorych swiadomie cale naukowe zycie unikalam, jak marketing, prawo i inne badziewia bizneso-pochodne, jednak mnie wreszcie dopadly i bez tego ani rusz. Wlasnie czekam az wyjdzie slonce, zeby wdrapac sie na 14 pietro tego szkaradztwa i zrobic jakies zdjecia. Szkoda, ze tylko ja jedna w calym budynku mam taki pomysl. A niby uczelnia artystyczna!?(W sumie to nie wiem, czemu marudze, bo artystow omijam z daleka, no moze poza tmyi, w ktorych sie nieszczesliwie od czasu do czasu zakochuje, wiedzac, ze artystow nalezy omijac z daleka...)
Tylko jedna osoba, jak narazie, wydaje sie miec podobnie w glowie i trzymamy sie razem. Beatrice zsiadla wlasnie z lodki ze Szwecji, chociaz jest pol krwi irlandzkiej, i jest jedna z tych osob, z ktora rozumiem sie bez slow. Gorzej, ze tez bez slow zrozumialysmy, ze warto postarac sie o pewien staz...a miejsce jest jedno. Siedzimy wlasnie w komputerowni i drukujemy aplikacje, ale cos czuje, ze czesc pisana odrecznie mnie zdyskwalifikuje, bo sama swojego pisma nie jestem w stanie odczytac.
Tym, ktorzy zakulisowo sie do mnie dobijaja, obiecuje, ze zaraz cos odpisze. A przynajmniej sprobuje. Rzecz w tym, ze jak wracam do domu po 21szej, to ostatnie na co mam ochote to monitor komputera. A telefonu w nowym domu ni ma i raczej nie bedzie. Co niektorych moze zmusi to do zainstalowania Skypa (tak tak, stworze z ulicy Grudziadzkiej, do Ciebie mowa!).
Slonce wychodzi, pora zaczac wdrapywac sie na dach, a potem biegiem do miasta, bo Skimba cos w okolicy kombinuje:]

Monday, 6 October 2008

Notka zupelnie nieuporzadkowana




Zastanawiam sie, ile jeszcze tak pociagne. Nie pamietam, kiedy ostatnio bylam w domu przed 21sza. Przy tym, co dzieje sie teraz, koncowka trzeciego roku to byl pikus. W piatek 10 godzin na uczelni, na dzien dobry prezentacja. I ku mojemu zaskoczeniu, to ja musialam nas z tego wygrzebac. Nas, czyli grupe, w wiekszosci zenska. Chyba powinnam zaczac modlic sie o wieksze poklady cierpliwosci. W czwartkowym rajdzie po miescie, celem przygotowania prezentacji, bylam nianka, przewodnikiem i poganiaczem. Jakos sie udalo, ale wiecej sie na takie cos nie pisze.
Zjawiskiem dla mnie bylo to, ze wiekszosc ludzi, z ktorymi mam teraz do czynienia jest spoza Londynu. I to tak konkretnie spoza. Z Irlandii Polnocnej (tylko czemu same babki, sie pytam?), ze Szwecji, z kazdego mozliwego zakatka Anglii. I ja, obcokrajowiec, okazuje sie byc osoba najbardziej 'lokalna', ktora wie co i gdzie i jak i ktoredy. I rajd przez West End i ksiegarnie okazal sie byc dla wiekszosci pierwszym zderzeniem z miastem. Momentami bylo nawet zabawnie, ale ogolnie meczaca sprawa. Czy ja tez tak komus trulam 4 lata temu? Chyba nie, bo nie mialam komu. No poza Kasia, ktora mnie tu podstepnie sprowadzila.
Soho w czwartek rano, to nie Soho piatkowa noca. Zaspane uliczki, sprawiajace wrazenie skacowanych, tak jak wlasciciele leniwie otwierajacy kawiarnie i seksszopy. W jednej z witryn plakat reklamujacy ksiazke pt ''Historia wielkiego penisa", z owym wielkim penisem wypychajacym biale majty. Przystanelam, nie powiem. I zdalam sobie sprawe z indoktrynacji, jakiej kochane grono z Greenwich poddawalo mnie przez ostatnie trzy lata. Zatrzymac sie przy czyms nowym, przeczytac o co sie rozchodzi, tu zrobic zdjecie, tam spisac adres www, dostrzegac wiecej, szukac polaczen. Nie o bialych majtach tu mowie(chociaz nie powiem, bylam pod wrazeniem i cos mi sie przypomnialo, o czym nie moge tu napisac, na wypadek gdyby ta osoba jeszcze na tego bloga zagladala...), ale o eksploracji tego, czy kazdego innego, miasta. A te moje dzieciatka z grupy jak te owce. Byle pedem, byle biegiem, czy jeszcze jestesmy w Soho, czy jak przejdziemy przez ulice to juz wyjdziemy z Soho i gdzie jest metro i gdzie my w ogole jestesmy i czy ja wiem dokad ich prowadze. Nie wiem, kurwa. Chce mi sie kawy i przestancie mnie meczyc. Na szczescie jedna kolezanka jest przecudowna. Pol Irlandka pol Szwedka. Ze Sztokholmu. Postarala sie, zeby mnie szlag nie trafil i przycisnela reszte to minimalnego wysilku umyslowego. Bo jak ktos zaczyna pierwszy projekt na nowych studiach od slow ''I fucking hate London!", no to wez tu oczekuj entuzjazmu.
Ale bedzie dobrze. Jest dobrze, tylko chyba powinnam byla wyjechac na troche przed tym calym przedsiewzieciem. Olac osobistego Niemca, doktoraty i inne pierdelety. Teraz pozostaje dotrwac do maja i witaj Mediolanie:)