Tuesday, 30 December 2008

Kompletnie zapomnialam. Zapomnialam, ze to juz jutro Sylwester. A moze raczej powinno sie mowic 'Sylwestra'?. Szwagra imieniny.
W kazdym razie, zupelnie zapomnialam. Siedzac na jednym z dachow Greenwich, ogrzewajac sie przy kawie z Amanda i Stefanem, nie moglam zrozumiec o co im chodzi. PIerwszy raz, od wielu lat, niczego nie planuje. I dobrze mi z tym. Marzy mi sie wyciszenie, a tu trzeba znowu sily mobilizowac i brac drugi semestr na uczelni za kark.
Podsumowan roku juz tez robic mi sie nie chce. Siedze sobie cichutko u G w domu i jest mi najlepiej na swiecie. Wlasna przestrzen, tak niedoceniana we Wroclawiu, w Londynie jest rzadkoscia. Suzy, dziki kotek, nie odstepuje mnie na krok, a kiedy K przychodzi, jest calkiem jak na swoim. Jeszcze przez tydzien. Jeszcze tydzien na spanie, pisanie i knucie. Wysylanie maili do miejsc, w ktorych chcialabym pracowac.
Alicja wyslala mi paczke. Z czasopismem "Bluszcz". I autografem Malgorzaty Musierowicz. I zaczelam sie zastanawiac nad praca w Polsce. I zaraz potem jedno wielkie NIE. Jesli to, co da sie strawic, jest wydawane w Warszawie, to ja pieprze taki interes. Predzej uknuje cos, co bedzie wydawane we Wroclawiu. Albo zostane tutaj. Narazie chce staz w Vice. Vera ma mase egzemplarzy, wiec siedze na podlodze i wertuje bez konca. Za oknem ciemno, koteczek spi na poduszce, a j ciesze sie z bycia samej ze soba. Chociaz tesknie za kims, zupelnie bez sensu.
Jeszcze tydzien i cwiercwiecze. Jesli Steve zrobi to, co obiecal, to beda ta najszczesliwsze urodziny. Zreszta zadne nie moga byc tak gowniane, jak te zeszloroczne :]

Sunday, 30 November 2008

Jak to mozliwe, ze juz prawie grudzien? I ze juz mi sie zbiera na podsumowanie roku, w ktorym wydarzylo sie az za wiele? Cos co w styczniu sprawialo mi przykrosc, teraz uwazam za totalna zenade. Egzaminy, ktorych sie balam poszly w niepamiec. Rozbabralam kolejne studia i za dwa tygodnie pierwszy etap tez bedzie juz za mna. Zaprzyjaznilam sie z kims, kogo kiedys nie moglam zniesc. Przeprowadzilam sie, obcielam wlosy. Zakochalam sie i mam problem z odkochaniem. Zaraz kolejne urodziny i przynajmniej wiem, ze nie beda tak nieprzyjemne jak ostatnie. Czyli juz jest lepiej. Siostra przyleci, ktorej nie widzialam od roku.
Co uwazam za najwieksze bledy ostatnich 11-12 miesiecy?
Na pewno to, ze za bardzo martwilam sie sprawami, ktorych rozwianie nie nalezalo do mnie. Ze wydawalo mi sie, ze poznalam kogos, z kim fajnie by bylo sie dluzej spotykac, a to niestety byl klasyczny gowniarz z kompleksem, ktorego chlopcy(tak, chlopcy a nie mezczyzni) nie potrafia opanowac. Ze nie wyjechalam w lecie na dluzej. Ze nie potrafilam byc 'bardziej soba' w dwoch sytuacjach.
Nie ma tych zali za duzo.
Z tego co mi sie udalo niewatpliwie:
Napisac dwa ogromne eseje z filozofii, w ciagu dwoch dni, zaraz po tym jak chlopiec z kompleksem malego wacka zrobil mi scene.
Skonczyc studia z dobrym wynikiem i dostac na kolejne.
Zakochac sie w kims zupelnie nowym kilka dni po tym, jak chlopiec z kompleksem malego wacka okazal sie byc chlopcem z kompleksem malego wacka i doszlam do wniosku, ze powinien niezwlocznie isc w cholere.

Udalo mi sie jeszcze pare innych fajnych rzeczy, absolutnie wazniejszych od tej ostatniej. Ale o tym postanowilam tu wspomniec, bo wiem, ze istnieje cala masa panow z malymi wackami, a wcale nie sa z tego powodu podli. Wrecz przeciwnie. A ja sie na taka podlosc nacielam i to byl najbardziej gowniany numer tego roku. Zero w tym stwierdzeniu elokwencji, ale tez wposmniana osoba nie zasluguje na zdzblo powazania.

Byc moze jutro to wykasuje, bo jednak wlaczy mi sie samocenzura, ale poki co: tak, uwazam tamta relacje za najglupsza rzecz jaka w tym roku zrobilam. Moj blog, wiec moge sobie obsmarowac, kogo chce. Dobrze, ze pisze o tym na swoim, a nie jego blogu, nie?

W srode wpadlam na otwarcie kolejnej wystawy w SLG i jak zwykle serce na miod, bo wiekszosc gangu tam spotkalam. Nigdzie tak nie odczuwam szczerej sympatii jak wlasnie tam. Podlani bialym winem prznieslismy sie we trojke do Trafalgar Tavern. I teraz juz wiem, ze Steve K. to czlowiek, do ktorego jak w dym moge biec z kazdym powaznym problemem. Bo jako dziekan, na moja wzmianke o wstretnej sytuacji z osobistym Niemcem, powiedzial :''But you're absolutely wonderful, what happened? What the fuck is his problem?". I ze on chce zebym byla szczesliwa i ze Niemca moze opierdolic. I ani slowka o tym, ze spotykalam sie z jednym z nich. I za to go kocham i nie zaluje, ze mu powiedzialam. Ehh.

Jesli chodzi o LCC, to powoli zaczynamy sie rozgryzac. W piatek byla kolacja pseudoswiateczna. W restauracji, w ktorej na pewno jest jakis fetysz klub w podziemiu. Logo to czerwone serce za kratami. W a oknach kraty, a na szybach serca, ktore po zmroku podswietlane sa na czerwono. Zadne inne slowo tutaj nie pasuje tak, jak angielskie 'kinky'. Wszystkie dziewczyny wygladaly cudnie i wydaly sie nawet sympatyczniejsze. Przy okazji srodowych prezentacji przekonamy sie, jaki skutek to przelamywanie lodow przyniesie, ale zdecydowanie jest luzniej.

Sunday, 23 November 2008

Wywloklam sie w tym mrozie na piwo z G. i zlozyl mi oferte, ktorej nie sposob odrzucic. Nie, nie taka oferte...On i zonka wyjezdzaja na swieta, wiec koteczka nie ma z kim zostawic. A ja mieszkam blisko, wiec moze moglabym sie do nich na te 3 tygodnie przeniesc? Czy bym mogla? Ja juz bym sie dzisiaj przeniosla! Nawet nie musi mi za to placic (ale ponoc zonka sie upiera, ze mam miec zaplacone). Wszystkie jego filmy, ksiazki i plyty no i samodzielne przytulne mieszkanko tylko dla mnie.I koteczek. Koteczek pewnie po ich powrocie bedzie rozumial tylko po polsku. Oby tylko nie zwiala-od razu przypomniala mi sie scena jak Kargul z Pawlakiem swiniaka pasta do butow pastowali zeby za dzika robil...A tak w ogole to mysle, ze koteczek to tylko przykrywka. G wie jak mnie do goraczki doprowadza mieszkanie w tak duzym domu i wie ile mam pracy przez swieta. Wiec az mnie ta jego propozycja wzruszyla! Oczywiscie po jakims czasie pomyslalam sobie, ze to znowu ironia losu-wszak nie do tego 'profesora' mialam sie wprowadzic, nie? Mam nadzieje, ze to wszystko sie na dniach potwierdzi i juz sie doczekac nie moge! W pracy powiedzialam, ze na Swieta i Sylwestra mnie nie ma. Nie musze nawet nigdzie jechac (jasne, ze wolalabym byc we Wroclawiu, ale kto normalny zaplaci 300 funtow za bilet?) i moge siedziec w domu z Suzie. Ze nie wspomne o dreszczu emocji zwiazanym ze spaniem w lozku G :]
.
.
.
.
.
.
...ciekawe ilu z Was uznalo to ostatnie zdanie za niesmaczne...?

Friday, 14 November 2008

Swoim blogowaniem zadaje cios przemyslowi wydawniczemu, bo kiedys tylko wybranym dane bylo swoje prace publikowac. A teraz kazdy amator robi co chce i do tego co ktorys zwie sie dziennikarzem. Dlatego magazyny muzyczne padna na pysk. Armagedon. A do tego studiujemy w gownianym czasie, bo kryzys i te piekne budynki city co za oknem widzimy-wszystko runie zaraz na naszych oczach.
To takie moje wybiorcze wnioski wyniesione z dotychczasowych wykladow. Moze zdecyduje sie na dotorat, zeby przeczekac? Jak narazie dowiedzialam sie, ze 'w branzy' (ktorzy to we Wroclawiu naduzywal tego slowa i przepoteznie mnie tym wkurwial?) wypada nosic sie na czarno, trzeba podlizwyac sie ludziom, ktorych uwaza sie za totalnych dupkow oraz pije sie duzo. Na czarno nosze sie i bez tytulu magistra, dobrym drinkiem nie pogardze, ale z tym dupowlazstwem to mam problem. Nie chce mi sie gadac do kogos, kto robi kase w wydawnictwie, bo cwaniaczy. Do kogos, kto pracuje w marketingu (nastepne slowo, na dzwiek ktorego mam odruch wymiotny, bo tez jest bardzo na wyrost) i motywuje go tylko kasa. Ktos, kto uwaza, ze advertorial ma jakas wartosc dziennikarska.
Czyli tak jak sie spodziewalam, ruszyla maszyna krytycyzmu. Nie mylic z krytykanctwem. Studiowanie na jednym z ''najlepszych kursow z tego kierunku''owszem wiaze sie z duma(bo dla odmiany dostalam sie gdzies, gdzie nielatwo sie dostac), ale juz wiem, ze syfu ''w branzy'' jest tyle samo, co w filmie i tym podobnych. Po obejrzeniu dokumentu o magazynie Grazia juz wiem, ze predzej znow dostane ospy niz stane sie jedna z takich postaci. Redaktor naczelna, ktora nieudolnie kreuje sie na naczelna Vogue'a, z marnym skutkiem wizualnym, po raz drugi odbiera nagrode jakas tam. Wszystkie, lekko podstarzale, ale w dalszym ciagu noszace ciuchy dla dwudziestolatek, panie z redakcji majace dokladnie tego samego 'boba' na glowie truchtaja na obcasikach i caluja sie w powietrzu. Naczelna ma kierowce, bo w drodze do pracy musi rozmawiam przez telefon. Rzecz w tym, ze jej autko to Mini i ledwo sie z tym kierowca w nim we dwojke mieszcza. Wniosek: Iza juz wie, gdzie na pewno nie chce pracowac. Czym predzej zapuszczam mojego 'boba', chociaz przez pierwszy miesiac calkiem mi sie podobal.
Szperam w poszukiwaniu magazynow niszowych. Cokolwiek mialoby to znaczyc. W poszukiwaniu czegos, gdzie zdjecie, niezaleznie od tematyki, ma jakosc. Gdzie tekst nie jest belkotem, bo ten kto go pisze zna sie na rzeczy.
Uwielbiam Amerykanki z grupy. Swietne, bystre babki. Jedna z nich wiele lat pracowala jako ratownik w strazy pozarnej w Kalifornii, slub wziela w Vegas(nie, nie bylo Elvisa), a jej maz to swiezo emerytowany agent CIA. Powialo kolorowym amerykanskim swiatem z szarym Londynie, gdzie szanse na poderwanie agenta sluzb specjalnych z barze sa raczej nikle. Po amerykansku tez padla propozycja, zeby nasz wyimaginowany magazyn byl drukowany w Chinach, bo rzecz jasna taniej. Pomysl popadla Koreanka. A na moje pytanie dlaczego nie w Korei uslyszalam, ze tam dzieci sa bardziej pod ochrona. No to poszlysmy do naszych drukarzy, ktorzy stanowia jedyny seksowny element tej uczelni i graniem glupa wymusilysmy na panach pomoc w wyborze papieru. Najbardziej podobal mi sie pan o przydomku 'finishing Scott', co idealnie pasuje do mojej ostatniej mysli o tym, co moznaby robic na tych wszystkich Heidelbergach.
Micha mi sie wczoraj ucieszyla, bo sie dowiedzialam, ze kiedys dawno temu, za gorami, za lasami, bylam czyjas miloscia. A nie wiedzialam o tym do wczoraj.

Wednesday, 22 October 2008


Najwazniejsz, ze Steve K. przyszedl, pierwszy raz od trzech lat, na ceremonie. I ze zostal z nami w Gypsy Moth do konca. I ze tak mocno w nas wierzy. Niektorzy nie przyszli, ale to juz chyba przebolalam. Rodzice przylecieli, wzruszeni na swoj sposob. Wiec bylo prawie tak, jak chcialam. Durna toga i jeszcze gorsza czapka ni cholery nie trzymaly sie ustalonej pozycji. Nikt z nas nie spodziewal sie, ze na sekundy przed wyczytaniem kazdego nazwiska i wejsciem na scene beda nam sie trzesly rece i serca mocniej zabija. Bo ceremonia w stylu kanclerza i baronowej, ktorzy na co dzien wchodza w dupe Tonemu Blairowi (Steve K. nazywa ich nazistami i 'c****'). Pieprzenie o dotacji i misji uniwersytetu.
No ale udalo sie. Nie wyrznac na schodach przy wchodzeniu na scene, nie popatrzec na Gautiego, kiedy czytano moje drugie imie i katem oka widzialam jak on zwija sie ze smiechu.
Udalo mi sie natomiast, ku mojemu przerazeniu, pomyslec, ze G jest calkiem seksowny. Chociaz moze to akurat wplyw czytanej ponownie Abby Lee. Ktora nota bene z G sie przyjazni. I cale szczescie, ze sobie wczesniej poszedl, a Steve K odstawil mnie do domu. A nie na odwrot.

Sunday, 19 October 2008

Rozdanie dyplomow jutro. Jeszcze na Greenwich. I czym ja sie stresuje?Tym, ze nie wiem co ubrac, ze nie zdazylam zafarbowac wlosow, ze to juz naprawde koniec?Jeszcze dwa miesiace temu mialam glowe pelna wyobrazen, a jutro bede sie musiala ze zachowac z fasonem, bo bedzie tam ktos, kto wlasnie mi to wyobrazenie spieprzyl.
Rodzice dzis przylecieli. Jednak sie doczekali:] Chociaz od kilku dobrych tygodni wsiakam w LCC, dalej czuje sie mocno zwiazana z Greenwich. Dzis przypomnialo mi sie wszystko: Edgware, Tom, Guildford. Vera wyjechala, wiec Islandczyk bezkarnie zabral mnie na kolacje. Przejal robote po Ianie, ktory poszedl sie zakochac i do tej pory nie wrocil. Zweryfikowaly sie moje poglady na temat platonicznej przyjazni z gatunkiem meskim.
Nic to.

Saturday, 11 October 2008

Friday, 10 October 2008

tooot tooot!

Plecak wrocil do lask, bo nowe studia to nie tylko tony papierow, wydrukow, magazynow (moze by tak wreszcie wspomniec kierunek: Magazine Publishing) i innych pierdol, ale tez dzienne wyzywienie. Bo tu wlasciwie mieszkam od srody do piatku. Troche to przypomina edytowanie pod koniec roku w Greenwich, tylko dalej od domu, paskudny budynek i mniejsza swawola. Przedmioty, ktorych swiadomie cale naukowe zycie unikalam, jak marketing, prawo i inne badziewia bizneso-pochodne, jednak mnie wreszcie dopadly i bez tego ani rusz. Wlasnie czekam az wyjdzie slonce, zeby wdrapac sie na 14 pietro tego szkaradztwa i zrobic jakies zdjecia. Szkoda, ze tylko ja jedna w calym budynku mam taki pomysl. A niby uczelnia artystyczna!?(W sumie to nie wiem, czemu marudze, bo artystow omijam z daleka, no moze poza tmyi, w ktorych sie nieszczesliwie od czasu do czasu zakochuje, wiedzac, ze artystow nalezy omijac z daleka...)
Tylko jedna osoba, jak narazie, wydaje sie miec podobnie w glowie i trzymamy sie razem. Beatrice zsiadla wlasnie z lodki ze Szwecji, chociaz jest pol krwi irlandzkiej, i jest jedna z tych osob, z ktora rozumiem sie bez slow. Gorzej, ze tez bez slow zrozumialysmy, ze warto postarac sie o pewien staz...a miejsce jest jedno. Siedzimy wlasnie w komputerowni i drukujemy aplikacje, ale cos czuje, ze czesc pisana odrecznie mnie zdyskwalifikuje, bo sama swojego pisma nie jestem w stanie odczytac.
Tym, ktorzy zakulisowo sie do mnie dobijaja, obiecuje, ze zaraz cos odpisze. A przynajmniej sprobuje. Rzecz w tym, ze jak wracam do domu po 21szej, to ostatnie na co mam ochote to monitor komputera. A telefonu w nowym domu ni ma i raczej nie bedzie. Co niektorych moze zmusi to do zainstalowania Skypa (tak tak, stworze z ulicy Grudziadzkiej, do Ciebie mowa!).
Slonce wychodzi, pora zaczac wdrapywac sie na dach, a potem biegiem do miasta, bo Skimba cos w okolicy kombinuje:]

Monday, 6 October 2008

Notka zupelnie nieuporzadkowana




Zastanawiam sie, ile jeszcze tak pociagne. Nie pamietam, kiedy ostatnio bylam w domu przed 21sza. Przy tym, co dzieje sie teraz, koncowka trzeciego roku to byl pikus. W piatek 10 godzin na uczelni, na dzien dobry prezentacja. I ku mojemu zaskoczeniu, to ja musialam nas z tego wygrzebac. Nas, czyli grupe, w wiekszosci zenska. Chyba powinnam zaczac modlic sie o wieksze poklady cierpliwosci. W czwartkowym rajdzie po miescie, celem przygotowania prezentacji, bylam nianka, przewodnikiem i poganiaczem. Jakos sie udalo, ale wiecej sie na takie cos nie pisze.
Zjawiskiem dla mnie bylo to, ze wiekszosc ludzi, z ktorymi mam teraz do czynienia jest spoza Londynu. I to tak konkretnie spoza. Z Irlandii Polnocnej (tylko czemu same babki, sie pytam?), ze Szwecji, z kazdego mozliwego zakatka Anglii. I ja, obcokrajowiec, okazuje sie byc osoba najbardziej 'lokalna', ktora wie co i gdzie i jak i ktoredy. I rajd przez West End i ksiegarnie okazal sie byc dla wiekszosci pierwszym zderzeniem z miastem. Momentami bylo nawet zabawnie, ale ogolnie meczaca sprawa. Czy ja tez tak komus trulam 4 lata temu? Chyba nie, bo nie mialam komu. No poza Kasia, ktora mnie tu podstepnie sprowadzila.
Soho w czwartek rano, to nie Soho piatkowa noca. Zaspane uliczki, sprawiajace wrazenie skacowanych, tak jak wlasciciele leniwie otwierajacy kawiarnie i seksszopy. W jednej z witryn plakat reklamujacy ksiazke pt ''Historia wielkiego penisa", z owym wielkim penisem wypychajacym biale majty. Przystanelam, nie powiem. I zdalam sobie sprawe z indoktrynacji, jakiej kochane grono z Greenwich poddawalo mnie przez ostatnie trzy lata. Zatrzymac sie przy czyms nowym, przeczytac o co sie rozchodzi, tu zrobic zdjecie, tam spisac adres www, dostrzegac wiecej, szukac polaczen. Nie o bialych majtach tu mowie(chociaz nie powiem, bylam pod wrazeniem i cos mi sie przypomnialo, o czym nie moge tu napisac, na wypadek gdyby ta osoba jeszcze na tego bloga zagladala...), ale o eksploracji tego, czy kazdego innego, miasta. A te moje dzieciatka z grupy jak te owce. Byle pedem, byle biegiem, czy jeszcze jestesmy w Soho, czy jak przejdziemy przez ulice to juz wyjdziemy z Soho i gdzie jest metro i gdzie my w ogole jestesmy i czy ja wiem dokad ich prowadze. Nie wiem, kurwa. Chce mi sie kawy i przestancie mnie meczyc. Na szczescie jedna kolezanka jest przecudowna. Pol Irlandka pol Szwedka. Ze Sztokholmu. Postarala sie, zeby mnie szlag nie trafil i przycisnela reszte to minimalnego wysilku umyslowego. Bo jak ktos zaczyna pierwszy projekt na nowych studiach od slow ''I fucking hate London!", no to wez tu oczekuj entuzjazmu.
Ale bedzie dobrze. Jest dobrze, tylko chyba powinnam byla wyjechac na troche przed tym calym przedsiewzieciem. Olac osobistego Niemca, doktoraty i inne pierdelety. Teraz pozostaje dotrwac do maja i witaj Mediolanie:)

Sunday, 28 September 2008

LCC

Jutro pierwszy dzien nowych studiow i nowego wszystkiego. Do nowego domu juz sie chyba przyzwyczailam, moze dlatego, ze tylko kilka krokow od starego. Mamy nawet kota, ktory rozumie tylko jamajski akcent. Przydalyby sie wakacje, bo brak energii nastraja mnie srednio, a przeciez powinnam szalec ze szczescia. Moze po prostu zaczelam sie bac tych studiow. Troche ciagna sie za mna rozczarowania ostatnich miesiecy, ale dzieja sie tez rzeczy zaskakujace. Jak chocby to, ze wyczulam przyjaciela w kims, kogo trzy lata temu mialam chec zadusic. Ostatnia rzecz, jakiej bym sie spodziewala.
Teraz trzeba ustalic sobie jakis tryb i trzymac sie go przez kolejne 12 miesiecy. I zapisywac relacje na biezaco:)

Wednesday, 3 September 2008

Ktos tu sprawdza moja wytrzymalosc. Wszedzie Niemcy. Inwazja. Sezon na Niemcow. Co drugi klient w pracy- Niemiec. Facet, ktory przyszedl dzis z coreczka-Niemiec. Bezczelnie flirciarski i jak na czyjegos tatusia calkiem apetyczny, tylko czemu do cholery mowi do mnie, ze 'German boyfriend' to jest 'excellent choice'. No nawet mi sie go uswiadamiac nie chcialo. Nie pamietam, zebym kiedykolwiek spotkala tylu Niemcow w tak krotkim czasie i kiedy najmniej mam ochote na ten jezyk i cala reszte. A teraz plaga jakas. Ta dziewuszka dzisiaj, po tym jak jej pomoglam, uscisnela oficjalnie moja reke dziekujac grzecznie. Nooo, jesli oni od malenskosci sa tak wytresowani, to ja sie nie dziwie, ze w wieku 36 lat maja problem z okazywaniem emocji. Najwiekszy dramat moze przejsc bez mrugniecia okiem. Ja bardzo dziekuje za taki ''excellent choice'' i wypisuje sie z tego biznesu. Dostalam zaproszenie na jutrzejsze otwarcie wystawy Caroline, dziewczyny Davida. Na Davies' Street. No i tam moje obie kiecki by sie nadaly, takie lokum i towarzystwo nadobne. Moglabym pojsc uwieszona na ramieniu Szwajcarskiego kolegi i pokazac jak bardzo mnie ta niemiecka suchota wisi, ale wiem, ze szlag by mnie predzej czy pozniej trafil, wiec oszczedze sobie tego wszystkiego i nawet darmowe ( i lepsze niz gdzie indziej;) wino i szampan mnie nie skusza. Bojkot. Nie wiem o co chodzi z tym nalotem znad Renu, ale to juz nawet nie jest smieszne. Jakos po ulotnieniu sie marnego dziennikarzyny nie nadziewalam sie na kazdym kroku na Polakow. A teraz chcac sie odizolowac, co chwile slysze "Naa jaaa".ugh. Wlaczam sobie Trojke na noc, a tam muzyka ze zdartych plyt. Po niemiecku dla odmiany.

Friday, 29 August 2008

Czerwona sukienka!

No to wymienilam chlopa na dwie sukienki. Piekne. Jedna czarna, lsniaca. Druga krwistoczerwona. Poezja!
Wyjelam pieniadze na nowy depozyt i czynsz, a tu w droge wszedl mi sklep i te kiecki. Szykuje sie jeden potencjalny slub za rok, wiec jestem juz gotowa. Ale tak naprawde to musialam sobie poprawic humor i to sie okazala najszybsza metoda. Pani za lada mowi do mne, ze teraz jest tyle czerwonych sukienek, a w lutym to zadnej nie mozna znalezc. Nie za bardzo rozumialam o co jej chodzi, bo luty to juz nie swieta i nawet na pracownicze christmas party za pozno, a i czasem jest po karnawale. Ona dalej swoje o tym lutym i wreszcie mowi, ze kobiety to zawsze na Walentynki szukaja czerwonych kiecek. I ze dobrze, ze teraz kupuje, bo moge sobie do szafy schowac i w lutym bedzie jak znalazl. To mnie zaskoczyla! W zyciu bym na to nie wpadla, ale w sumie jest to jakas mysl...Mowie jej, ze kupuje kiecke z powodow dokladnie odwrotnych-zamieniam faceta na kiecke, a nawet dwie.
Kiecki piekne, a to, ze ten rok to pod wzgledem chlopow jakis niewypal, to juz nie do konca moja wina. Najpierw zakompleksiony dziennikarzyna, ktory cale szczescie, ze sobie poszedl. Teraz wprawdzie nie nieudacznik, ale tez ciezki przypadek. Nie pozostaje nic innego jak tylko gorzko zasmiac sie nad jakoscia mezczyzn w tych czasach. I w wolnym czasie umowic sie z niezawodnym kumplem, ktory kiecki doceni, a to co w kiecce jeszcze bardziej :)

Monday, 18 August 2008

Lezy mi cos na watrobie. Moze po dlugim i glupim dniu w pracy, ktorej szczerze zawsze nie znosilam (no moze poza czasem, kiedy byla tam lepsza ekipa). Modle sie zeby cos innego w tym tygodniu wypalilo, bo juz jest apatycznie.
Dziekan Steve K. maila napisal, ze z wielka checia bedzie dj'em na naszej imprezie pozegnalnej w pazdzierniku. Ktora ja mam zorganizowac. I powinno byc conajmniej tak dobrze, jak w lutym po konferencji. A ja nie moge mu powiedziec czemu nie bedzie nawet w polowie tak dobrze. I w ogole tesknie za nim okrutnie i brakuje mi jego madrosci na co dzien. Nie bedzie pracowal na LCC, ale teraz juz sama nie wiem, czy ja tam bede, bo kasy dalej brak. Chyba powinnam zalozyc osobnego bloga, anonimowego, do smucenia.

Sunday, 17 August 2008

7 Bennett Grove, SE13 7RF





Miesiac do wyprowadzki, kilka dni wiecej do kolejnych studiow, chwytanie sie starej pracy jako deski ratunkowej. Rozpierdziel totalny, ale tez nadzieja na to, ze musi sie znowu udac. Udawalo sie tyle razy i niczego nie zaluje!
Ostatnio probowalam sobie przypomniec wszystkie kody pocztowe miejsc, w ktorych mieszkalam. Tu w Anglii. I okazalo sie, ze juz nawet nie pamietam w ilu miejscach mieszkalam/pomieszkiwalam. Ian rzucil haslo, zebysmy wytatuowali sobie na ramieniu kazdy kod pocztowy od momentu przyjazdu do Londynu. Przy SE13 7RF mieszkalam najdluzej i jakos dalej nie moge sie oswoic z mysla, ze trzeba sie pakowac. Z jednej strony nie moge sie doczekac, bo irytacja siega zenitu i wiem, ze najwyzsza pora odciac sie od pewnych spraw i ludzi. A z drugiej, zostawic domek i pokoj z widokiem na ogrodek, stara sofe na, ktorej niejednego chlopca sie calowalo (alez ja brzmie jak jakis stary oblech, hejjjj!)i cudownych sasiadow. I to chyba byl moj pierwszy 'prawdziwy' dom w Londynie. Sadzac po ilosci gratow, zasianiu maciejki i pierwszym upieczonym ciescie, stwierdzam, ze chyba osiedlilam sie tu na dobre.
Wczoraj odbyla sie druga filmowa pielgrzymka na Hackney. Miejsca najstraszniejszego do zycia, wedlug pewnych madrych badan. A tam-cudowne mieszkanie w dawnych pomieszczeniach jakiejs manufaktury. Jak z filmu. Zreszta filmowcy tam mieszkaja i wieczor filmowy nam zorganizowali. I chociaz trace pewnosc i orientacje po przekroczeniu rzeki po zmroku, czuje jak wsiakam w to miasto coraz bardziej. Coraz wiecej pojawia sie takich miniwysp, jak to mieszkanie, ktore powoli tworza mape tego mojego miasta. Kilka ulic dalej mieszkanie Iana, z tarasem na dachu, z ktorego mozna sie gapic w swiat. I teraz tylko musze znalezc takie miejsce dla siebie. Stanowczo odmawiam przeprowadzki na polnoc i uczepilam sie mojego SE, chociaz media podaja, ze tu to sie dopiero zle dzieje. Czaje sie na pokoje w New Cross, bo stamtad latwiej na nowa uczelnie dojechac. I mieszkaja tam Noel i Steve i Zeke. Nie jest tak fajnie, do rzeki dalej, a drogo w cholere, bo Goldsmiths College ma tam swoje gniazdo. Ehhh...

Thursday, 7 August 2008

Na szczescie zdazylam rano dobiec do bloga i wykasowac poznonocny wpis, wykonany po uprzednim wypiciu piw kilku. I mam nadzieje, ze nikt tego nie zdazyl przeczytac, chociaz cholera wie, bo Ci, co czytaja, nie maja zwyczaju zostawiania komentarzy.

W kazdym razie, picie w srodku tygodnia nie mialo nic wspolnego z bezrobociem, braku kredytu na studia i coraz blizszej perspektywie wyprowadzki do-cholera-wie-kad!

Wczoraj mial miejsce kolejny odcinek misji Iana, chociaz padalo, noga bolala, a przewodnik udawal, ze wie, gdzie jest. Raczej nie wiedzial, bo ma ''irracjonalny strach przed poludniowym Londynem", ale dodal tez, ze jako facet nigdy nie przyzna sie do tego, ze nie gdzie jest. Malo brakowalo, a musialby mnie przerzucic przez rame roweru, bo z kontuzjowana stopa slabo mi sie maszerowalo.

Cel- Old Nun's Head pub, w dzielnicy Nunhead. Folkowe muzykowanie panow z Brixton, ktorzy mieszaja muzyke irlandzka, walijska, szwedzka i zydowska. Cztery mandoliny, wielka traba i dwie lyzki.

Tylko, ze im dalej w poludnie poludniowego Londynu, tym mniej zabawnie, chociaz chcialoby sie wierzyc, ze to tylko media tak rozdmuchuja. Dlatego sama sie nie zapuszczam tam, gdzie nie powinnam. Ale z facetem to co innego. I najciekawsze jest to, ze jeszcze rok temu snil mi sie w najbardziej wyuzdanych snach, a na jawie dosc podobne rzeczy przychodzily mi do glowy. Teraz juz nie mam checi sie na niego rzucic, ale uwielbiam z nim maszerowac po miescie, wysluchujac roznych pomylonych historii

Jak juz domaszerowalismy do glowy starej zakonnicy (pytajac dwa razy o droge, a owszem!), wszystko poszlo zgodnie z planem. Czyli przedstawiono mi paru starych muzykow, co mnie stresuje o tyle, ze muzyke owszem kocham, ale nie produkuje i ktos zawsze chce ze mna o robieniu muzyki zbyt ambitnie rozmawiac. Za kazdym razem sie czegos nowego naucze, ale czasem moja ignorancja przeraza mnie sama...

Droga powrotna byla mniej radosna, bo trzeba sie bylo upewnic, ze dotre do domu, a zero bezposredniego transportu. Barman pomyslil sie przy wydawaniu mojej reszty, a ze kase dalam koledze i on sie nie zorientowal, przepadl moj budzet taksowkowy. No i znowu-jeszcze rok temu na propozycje nocy u kolegi w domu, serce by mi spod zeber wyskoczylo, a wczoraj pomyslalam glownie o tym, ze nie mialabym tam czym zmyc makijazu. I w ten sposob zawedrowalismy do East Dulwich (dzisiaj sprawdzilam, gdzie to jest i jest to nie w strone domu), skad ponoc jezdzil autobus prawie do domu, a stamtad mialam wziac taksowke, na ktora dostalam pieniazek. No i luz. Pelne dzentelmenstwo. Jeszcze tylko szybki toast zubrowka, ktora byla suwenira z wroclawskich wakacji. Tak, pilam wodke (ale z kieliszka, bo kieliszek z wroclawskim krasnalem tez byl suwenira)w srodku tygodnia, w srodku nocy, na przystanku, z moim bylym wykladowca. Wodka ciepla i bez soku, wiec bylo to czysto symboliczne, chociaz klimat przypomnial czasy licealne!
Oczywiscie jak juz dojechalam prawie-pod-dom taksowek nie bylo, bo srodek nocy i tygodnia, wiec piechota przez najnmniej ciekawa czesc i tak zasuwalam. Chyba nastepnym razem dam sie zabrac do domu. Juz nie w swinskich celach, ale zeby napic sie herbaty na londynskim dachu w srodku nocy:)

No i prosze. Ktos mi powiedzial ostatnio w Polsce, ze nic o facetach nie wspominam, w zwiazku z czym, niewiadomo jaka jest moja sytuaja milosna. Wiec wczoraj, napiwszy sie uprzednio wodki na przystanku, wrocilam do domu, wlaczylam komputer i napisalam od serca jaka ta sytuacja jest. Rano wszystko poszlo w wirtualny kubel i chyba bede sie raczej trzymac pisania o facetach, z ktorymi romans mi nie grozi!

Saturday, 26 July 2008

Wroclaw Non Stop!!!




Na nic knucie o sierpniowych Bieszczadach, do Polski trzeba bylo leciec praktycznie z dnia na dzien i wedrowac prosto do banku, bo biurokracja zrobila ze mnie bankruta (na szczescie tylko chwilowo). Wyszly z tego dwunastodniowe wakacje i gdyby nie kolejna trauma dentystyczna (ktora pochlonela 5 dni i czesc oszczednosci), to wszystko byloby pieknie! A tak nie udalo mi sie nawet posmigac rowerem po Dolinie Baryczy.
Ale ale...
Wroclaw latem to jest to! Mniejsza z rozkopami i chaosem komunikacyjnym. Wroclaw Non Stop i wplatajacy sie wen festiwal Era Nowe Horyzonty to klasa sama w sobie i juz wiem, ze za rok bedzie karnecik. Ostatnie dwa dni wolne od wiertel i pilnikow dentystycznych spedzilam w kinie, a to nawet nie ulamek tego, co bylo w ofercie. No i niestety minelam sie ze znajomymi ze studiow, ktorzy przylecieli do Wroclawia specjalnie na Ere. A poza konkursem filmowym, retrospektywami przeroznej masci, wystawami o tematyce filmowej i tradycyjnymi seansami filmowymi, mozna tez bylo, za darmoszke, wieczorem ogladac filmy na rynku, ktory przebija kazda sale kinowa! Wiec w brode sobie pluje, ze tylko na dwa dni sie zalapalam i ze tyle mi z Wroclawia Non Stop umknelo. A ze w domu w lecie nie bylam od 3 lat, to nacieszyc sie tym wszystkim nie moglam i kusilo, zeby na samolot w niedziele nie zdazyc.
Lis jak zwykle nie zawiodl i zjechal, razem z totalnie organiczna cytrynowka. Udalo nam sie w ostatniej chwili wyhaczyc bilety na Manu Chao, ktory przez 2,5 godziny trzasl Wyspa Piaskowa i byl to chyba jeden z najlepszych koncertow, na jakich bylam!

A tu wracam na stare smieci i od pierwszego dnia bajzel. Wszystko od poczatku: szukanie kredytu i domu, przy rownoczesnej probie cieszenia sie latem i znajomymi, bo to ostatnie takie lato!

Tuesday, 1 July 2008

See Da Moofin?

Polnoc prawie, a upal wpycha sie do pokoju przez otwarte okna. Pol dnia zajelo mi zwalczenie skutkow wczorajszego naduzycia francuskiego wina. Bo poszlam na spacer i zawedrowalam do Binnie Court, akademika, w ktorym mieszkalam na pierwszym roku. Szwedzka ekipa wlasnie wprowadzila sie tam na czas letni, ale zanim sie wprowadzili zdazyli pojechac do Francji i przywiezc kosmiczne ilosci winka dobrego, co smakuje jak soczek i dlatego sie latwo spozywa. Nawet sie okazalo, ze umiem zagrac na mandolinie pare dzwiekow potrzebnych do odspiewania sredniowiecznej piesni...
Dzis jeden ze Szwedow przywedrowal na obiad i wypilismy trzy kartony soku. Meczaca sprawa, to bezrobocie. Szwed musial wyprodukowac sobie zdebilala wersje cv, bo jest zbytnio wykwalifikowany, zeby dostac jakas prace przez agencje tak od razu. Wiec jak wymazal juz to, co wazne, zostala mu kopia, ktora calkiem przypomina moje cv w wersji dopieszczonej...Sie pocieszam, ze chlop 10 lat starszy. Wiec zamiast sie stresowac, poogladalismy kilka razy klip ze szwedzkim kucharzem z mapetow, ktory strzela ze strzelby do muffina zeby zrobic paczka.
Poza byciem bezrobotnym, dobrze wyksztalconym mlodym czlowiekiem, zajmuje sie cala masa rzeczy, ktore powstrzymuja mozg od calkowitego zgabczenia. Trzy nowe dvd przywloklam z Guildford i magazyn Wire, dla ktorego chcialabym kiedys pracowac. Czekam na kolejny odcinek Ianowych wycieczek i wsciekam sie na ceny biletow lotniczych do Polski. Nawet wyprawa do Rzeszowa (skad juz blisko w Biszczady) zakrawa o luksus. Taniej wynioslaby mnie cholerna Hiszpania niz Katowice. Moze cos drgnie do sierpnia, to wezme urlop z pracy ktorej jeszcze nie mam, i polecim ze Skimba, a Lisu dojedzie i bedziemy jak Thelma i Louise, tylko ze we trzy! Domniemany Niemiec spedzi lato w British Library, wiec mam wolna reke. Poza tym, nalezy mi sie. Plan piecioletni dobiegl konca, a sil przed kolejnym okrazeniem trzeba nabrac.

Friday, 27 June 2008

Lato w pelni

Wieje, pada, znak, ze czas na Glastonbury. Biletow najpierw nie udalo sie zdobyc, a potem budzet ich juz nie zakladal. Wiec zamiast po kolana w blocie, siedze z wymalowanymi paznokciami u stop i slucham relacji z festiwalu w domu. Okazalo sie, ze z Dolly Parton to byla plotka, wiec nie spinam sie zbytnio, ze nie pojechalam. Owszem, minie mnie tez zazywanie narkotykow i seks z obcymi pod wplywem narkotykow, ale co sie odwlecze to nie uciecze.
Kolejny wypelniony formularz o prace. Prace jakakolwiek, na lato. Ale taka zeby do dupy nie byla. Zadnego kelnerowania, czy powrotu do starej korporacji. Czyli na wlasne zyczenie przedluzam bezrobocie. Z obrzydzeniem wyslalam aplikacje to muzeum figur woskowych, bo sie nadaje ze wzgledu na moja przeszlosc. Przeszlosc w obsludze klienta, rzecz jasna, bo o wosku za wiele nie wiem.
Kasia nie omieszkala przypomniec w komentarzu, ze czas na romans, ale znowu wszystko do gory nogami. Wydawaloby sie, ze po facecie w pewnym wieku mozna sie spodziewac, ze wie, co robi, ale jest to kolejny mit do obalenia. Zreszta i tak nie przeprowadzilabym sie do kraju, gdzie wszystkie filmy sa dubbingowane. W rzeczy samej, to dla mnie wiekszy problem niz dziadek nazista. Nie moj dziadek.
Z okazji zmiany okolicznosci kreuje sie wizja Wolosatego i polonin ukochanych. No chyba, ze znajde niesamowicie dobra prace, ktora nie wiazalaby sie z wyzyskiwaniem dzieci w Azji, romansowaniem ze starszymi panami lub roznoszeniem drinkow.

A piosenka na dzis i na najblizszy czas to oczywiscie The Police i "Don't Stand so Close to Me". Z przymruzeniem oka...

Sunday, 22 June 2008

Lato czas zaczac

Calkowicie przypadkiem udalo sie wczoraj oficjalnie otworzyc sezon letni. Kiedys wykladowca dzisiaj kumpel, sam wyslal sie na misje pokazania mi w Londynie tego, czego jako student na pewno nie widzialam. Nie chcialam sprawiac mu przykrosci(mowiac, ze przez oczywiste zasiedzenie zdazylam zawedrowac w miejsca, w ktorych on nie byl), wiec stawilam sie wczoraj w umowionym miejscu, w kurtce przeciwdeszczowej, bo przeciez pierwszy dzien lata...Jeszcze tylko mocna kawa i kupno zlotego krasnala ogrodowego (na urodziny kolezanki wspomnianego kolegi) i mozna zaczac swietowac nowa pore roku.
Zaczelo sie od Exhibition Road Festival, gdzie sztuka wylazla z okolicznych galerii na ulice i wymieszala sie z muzyka na zywo; od bulgarskiego choru po garazowe granie mlodych francuskich zespolow. Kanapki z niemieckiego chleba, piwo z Barcelony i deszcz z Londynu. Rzadka okazja, zeby przejsc sie srodkiem normalnie ruchliwej ulicy, na ktorej roi sie od ambasad, instytutow (w tym Instytut Sikorskiego) i innych powaznych instytucji, ktora na ten dzien zamknieto.
Festiwal ciekawie pomyslany, tylko gorzej z logistyka. Za duzo do zobaczenia, za malo czasu, za duze odleglosci. A ze razem z kolega lat mamy 66, zmeczenie dawalo sie we znaki. Na szczescie, tak jak obiecal, znal miejsca, o ktorych ja nie wiedzialam, badz nie spodziewalam sie ich w luksusowej dzielnicy South Kensington. I tak znalezlismy sie w uroczej japonskiej knajpce(pierwszy raz moge uzyc okreslenia "urocza" w stosunku do japonskiej restauracji, bo Chinatown, w ktorym i japonczykow nie brakuje, raczej przyzwyczailo mnie do wymuszonej uprzejmosci lub jawnego chamstwa tamtejszych lokali), w ktorej powinnam byla zamowic chyba porcje dla dzieci. Nie wierze, zeby dorosly czlowiek bedacy kobieta byl w stanie tyle zjesc. No i nie zjadl.To znaczy nie zjadlam, chociaz przepyszne bylo.
Kolejnym przystankiem bylo miejsce, kolo ktorego przechodzilam nieskonczona ilosc razy, kiedy pracowalam na Covent Garden, a nie zajrzalam ani razu. Winnica nad sama Tamiza, wplatana w nadrzeczne ogrody, bardzo niepozorna. Przynajmniej z zewnatrz. I niczym by sie nie odrozniala od licznych nabrzeznych tawern, gdyby nie to, ze nie byla sprzatana od lat. Poza szklankami, brud spowija wszystko. Nawet powietrze jest lepkie, co w lochu pokroju naszych wroclawkich knajp podziemnych, prawie uniemozliwia oddychanie. "Fucking repulsive" jak powiedzial Ian. Ale na tym ponoc polega caly urok. Dobrze, ze przestalo padac, porwalismy w pospiechu po szklaneczce sherry i potem juz bylo calkiem romantycznie. Nawet pomino tego, ze kolegi nie lacza ze mna zadne romantyczne stosunki. Ale miejsce robi swoje i slodziutkie sherry calkiem inaczej smakuje. Ku oburzeniu kolegi ktos powiedzial do nas, ze dobrze zrobilismy wliczajac je w nasz program wycieczki po Londynie, bo to najlepsza winiarnia w miescie. No i prosze, mialo byc niekomercyjnie, ale hawajska koszula z guzikami ze skorupek kokosa oraz plecak i kaszkiet kolegi, zrobily z nas amerykanskich turystow. Nic to. No i jak juz kazde z nas przeszlo na inna strone Tamizy, bo ja na wracalam do domu na Greewnich and Docklands Festival, a Ian na koncert na Embankment, dostalam smsa "Szkoda, ze nie poszlas ze mna, bo wlasnie spotkalem Roberta Wyatta i gaworzymy sobie przed koncertem". Juz powinnam sie byla przyzwyczaic do tego, ze tu mozna "pogaworzyc" z kims, kogo znam tylko z plyt, ale szarpnela mna lekka zazdrosc i nastepnym razem bede sie kolegi trzymac jak wesz.

Tuesday, 10 June 2008

Indy, Sowieci i kosmici, czyli zycie po studiach

Z racji, ze legitymacja studencka podziala mi do konca miesiaca, robie z niej uzytek, gdzie sie da. Na przyklad w kinie. Z ze dwa opasle czasowo filmy wyswietlaja, postanowilam za 5 funtow od sztuki zaszalec.
"Sex And The City", poza masa innych emocji, wzbudzil we mnie zazdrosc na tle nieposiadania tylu i takich butow jak bohaterki filmu. A to, ze sie nie wczulam w cale 160 minut chyba wynikalo z tego, ze nigdy z serialem na biezaco nie bylam. Wiec doszlam do wniosku, ze tak jak w przypadku Simpsonow, wystarczyla mi wersja telewizyjna.
Dzis kolejna pokusa: Indiana Jones. O ile poprzednie trzy czesci moge ogladac co jakis czas, dajac sie nabierac na Forda lubiezne teksty, tak tym razem na jednokrotnym obejrzeniu poprzestane. Wszystko bylo- kapelusz, bicz, transformacja z profesorka w poszukiwacza skarbow i przygod, piekna kobieta, rubaszny Brytyjczyk alkoholik...W miejscu nazistow tym razem Sowieci, piekna agentka obcego wywiadu(Kate Blanchett mowiaca:" Daawaj")i mniej lub bardziej ciete zarty... Tylko, ze Indy nosi spodnie dla starszych panow, za luzne, z ogromnymi zaszywkami z przodu, no i skoczny juz taki nie jest. Piekna kobieta, to stara narzeczona, od ktorej Indy zwial sprzed oltarza(prosze, jest i nawet analogia z Sex And The City), bo bal sie zobowiazan, a tymczasem ma z nia doroslego juz syna. A na jej zarzut, ze pewnie po niej bylo wiele kobiet, w ktorych zyciu zamieszal, Ford odpowiada: "Owszem bylo, ale z wszystkimi byl jeden i ten sam problem; nie byly Toba, kochanie". Mamy zatem odgrzewany romans, duzo efektow specjalnych, ale to wszystko i tak blednie przy glownych bohaterach filmu-kosmitach!
Cale szczescie, ze duzo w tym ironicznych wstawek i ze tworcy nawet nie probuja sugerowac brania filmu na powaznie. Fakt, ze Indy i stara narzeczona pobieraja sie na koniec, raczej gwarantuje, ze kolejnych czesci nie bedzie i chwala Hollywood za to!
A ze w kinie bylam sama(to znaczy sama w sali kinowej), to moglam sobie na glos zanucic slynne "tu tu tu tu, tuu tuuu tuuuu". Tak na pozegnanie!

Monday, 2 June 2008

Bruce Springsteen & The E Street Band!






Trzy tygodnie absolutnego mlynu, w czasie ktorych wszystko znowu zmienilo sie o 180 stopni.
Sesja przelknieta, wyniki zaskakujaco cieszace, wystawa udana, impreza po wystawie jeszcze bardziej, potem jeszcze kilka innych okazji do swietowania, randka na oslodzenie tego wszystkiego, oferta studiow magisterskich na University of the Arts London, a przedwczoraj cos, co przebilo nawet randke- koncert Bruca Springsteena! Absolutne wydarzenie roku, a moze raczej najlepsze podsumowanie tego roku, jakie moglam sobie zaplanowac! Bruce na wyciagniecie reki i choc ma swoje lata, to jak zaspiewal "I'm on fire" kucajac metr ode mnie, to byl seksowniejszy od niejednego mlodego faceta! Brat patrzyl na mnie troche z politowaniem, ale tez mu sie podobalo hehe. 25 utworow, starych i nowych, a The E Street Band w swietnej formie i tylko brak zmarlego niedawno Dannego Federici. Ale dzieki opowiesciom Springsteena i tak wydawalo sie, ze jednak tam byl.

Co mnie zaskoczylo, a moze nie powinno, to fakt, ze bylam najmlodsza z calego tlumu. Przynajmniej z tego na plycie stadionu. Moje pokolenie jednak jest do dupy pod wieloma wzgledami i to sie przedwczoraj znowu potwierdzilo. Ale przynajmniej spokojnie moglam sie dostac do samej barierki z przodu, nie ryzykujac urazu czaszki,przy czym starzy rockmeni wcale w miejscu nie stali i tlum skakal dosc zwawo. Kilka razy, gdyby nie barierka, zabrano by mi aparat, bo niby wolno miec, ale jednak filmowac nie za bardzo, zwlaszcza calych utworow. Na szczecie panu z obslugi przez barierke sie skakac nie chcialo, ale mialam szczere obawy, ze bedzie czekal na mnie przy wyjsciu.
Nie czekal, wiec mam pare zdjec i kilka krotkich klipow, bo tez wolalam skakac, co z filmowaniem nienajlepiej sie zgralo.

Friday, 16 May 2008

"We're Free. Good Bye and Fuck Off!"


sie nacisnie to sie powiekszy


Opis moze troszke na wyrost, bo do lipca nic nie jest pewne.
Niektorzy maja juz wolne i opisy na Facebook "We're free. Good bye and Fuck Off".
Znaczy sie, ze egzaminy ostatnie pozdawali, a przynajmniej napisali. Ja mam jeszcze jeden do przeskoczenia, ale tak naprawde to wolalabym sie juz zajac tym, co ciekawsze, czyli koncowa wystawa. Pocztowka owszem, powstala, zaproszenia rozeslane, piciu zamowione, ale cala reszta w lesie. Okazuje sie nawet, ze po 3 latach studiowania mozna dalej spierac sie z ludzmi o to, jak naprawde nazywa sie nasz kierunek. Niby kwestia jednego przecinka, ale roznica zasadnicza. Zaproszenie z blednym przecinkiem wklejam, bo nie wiem, czy ten, kto to robil, zada sobie trud zeby poprawic. W kazdym razie, zapraszam i zachecam tych, ktorzy sie jeszcze nie zdecydowali. Czesc pierwsza - na kampusie, czesc druga- gdziekolwiek nas po zamknieciu kampusu wpuszcza.

Saturday, 10 May 2008

Heidegger, Heidegger was a boozy beggar!

No i jeszcze to- ladniej sie moich ostatnich 3 lat chyba podsumowac nie da. Monty Pythona piosenka o filozofach. Wszyscy chlali i to moje meki z czytaniem ich tekstow by wyjasnialo! Zastanawiam sie, czy nie wyswietlic tego klipu podczas otwarcia wystawy naszych wypasionych projektow koncowych. Jako kurejtor musze zadbac o jakas oprawe audio-wizualna :)


ciag dalszy

Sklejam resztki szarych komorek po egzaminie z new media environments, bo jeszcze jeden egzamin mi zostal, a umiem na niego mniej niz na poprzedni (moze dla tego, ze na zajeciach koncentorwalam sie na tym, zeby nie zasnac i na nic innego juz energii nie wystarczalo). Maj pelna geba, wszedzie pikniki, ale uwazac trzeba, bo wybory lokalne wygrali konserwatysci i pic po parkach nie mozna. Z jednej storny radocha, bo tak niewiele zostalo do konca, a z drugiej smut, bo zal bedzie sie z niektorymi osobami i z samym kampusem rozstawac. Ze nie wspomne o wizji "duzego, zlego swiata, ktory tylko czeka az opuszcze szkolne mury, zeby mnie rozjechac"(cyt prof Johhny). Ale zdecydowanie bardziej zal mi bedzie gornolotnych konwersacji z niektorymi profesorami. Takich np jak ta, w czasie najciezszego dotychczas egzaminu:


Profesory dwa, Steve i Zeke, podchodza i staja pol metra kolo mojej lawki. No bo sie lubimy, a gdzies stac musza przez dwie godziny, jak maja nas iwigilowac. Fantazja w odpowiedzi na pytanie o Heideggerze juz mi sie powoli konczyla, wiec pisanie szlo opornie, a ci stoja i sie usmiechaja, wrecz na kartke gapia.


Iza: Steve, it's a bit intimidating, you know...

Steve: Ok, I'll fuck off then.

I poszedl, z jeszcze wiekszym usmiechem.

Magazyn skonczony, tylko nie pozwolilam mu sie wykrwawic, wiec pan w drukarni ma prawo czuc sie napastowany, bo nachodze go z coraz to nowymi pomyslami i za kazdym razem jest gorzej. A pozwolic magazynowi sie wykrwawic, to tak zrobic, zeby przy druku sie biala ramka nie pojawila na krawedziach.

Do tego wczoraj napisalam maila do laski, z ktora ten magazyn robilam. Mail marudny, zeby nie powiedziec nafochany pod katem calej organizacji tych cholernych projektow. I co? I wyslalam do promotora, idiotka... Na niego nic nie bylo, no moze poza tym, ze jest slodki hehe. Teraz albo poznam moc jego gniewu, albo sile poczucia niemieckiego humoru:)

Pozdrawiam z ogrodka, gdzie po sesji poleje sie wodka!

Friday, 18 April 2008

Return of the Mac









Kocham Was, moje male czcionki. Jestescie nawet w moich snach...

Friday, 11 April 2008

Jaka to melodia?

Szybko, jaka to piosenka!?
Slowa ida tak: "DOSTOJEWSKI USED TO SAY: WHAT THE FUCK? SURE LOVE CAN SUCK! YOU NEED A LITTLE LUCK!"
poezja po prostu:)

Thursday, 10 April 2008

Mejbi Bejbi

Przywloklam do domu: magazyn dla ciezarnych, katalog z odzieza ciazowa, katalog z wozkami, ciuszkami dzieciecymi, poradnik o karmieniu piersia, kupony znizkowe z modnych sklepow z odzieza ciazowa, pieluszki, podkladke do przewijania niemowlat, wilgotne sciereczki do podcierania pup niemowlat.

Do rozwiazania mniej niz miesiac, a ja jestem w polu. Przegladam ciazowy komiks Endo, strony Gazety pt rodzic po ludzku, historie mlodych matek (lub za mlodych na bycie matkami) i widze to wszystko "przed oczyma duszy mojej", jak mawial poeta. Tylko jak to wszystko narysowac, jakie czcionki, ile dac rozowego i czy w ogole tykac sie tego zygliwego kolorku? No i jak przekonac promotora-geja z odruchem wymiotnym na mysl o dzieciach- ze to sie sprzeda?

Pakowalam te gadzety do wozka w tesco, a Pani Ekspedientka Hinduska, z ktora znamy sie juz z widzenia, az sie usmiechnela na widok tego wszytskiego i radosnie powiedziala wprost w moja blada twarz "Aaaa Baby!". Zaprzeczylam, ale nie wiem, czy uwierzyla. Tak jak Pani Kazia Sklepowa z osiedlowego sklepiku na Czajkowskiego, kiedy kupowalam 4 rozne polskie edycje magazynow dla ciezarowcow. Wyjrzala az znad lady, zeby popatrzec na moj brzuch.

"To nie to co pani mysli!".

I nie to, co Wy mozecie pomyslec. Nie zaczelam sie rozmnazac, tylko usiluje skonczyc studia i wybralam sobie taki projekt, bo pomysl wydawal mi sie przez jedna z dziewczyn dopracowany. Ona miala pomysla na magazyn, a ja, w chwili szalenstwa, pomysla, ze jej ten magazyn zloze. Bo przeciez tak lubie DTP! Efekt jest taki, ze pomysl byl bardziej niz niedopracowany, artykuly w polu, a grafika jeszcze bardziej. A to cale opisane wyzej badziewie bylo doczepione do magazynu, ktory musialam kupic, zeby wiedziec, co sie sprzedaje. I nieprawda jest, ze najciezsza, najabrdziej naladowana dodatkami i gratisami jest Sunday Times!

Teorii na temat macierzynstwa mam mase, tak jak na kazdy inny temat. Tylko, ze jakos mnie to jeszcze odrzuca, a przynajmniej nie sprawia mi frajdy i nie wyzwala zadnych instynktow. Przegladam zatem rekordowa ilosc zdjec brzuchow i cud, ze mi sie to wszystko jeszcze nie sni. Tylko jeden z promotorow wierzy w sukces tego szalenstwa, ale smiem twierdzic, ze kieruja nim pobudki nieakademickie. Zobaczymy, jakie beda skutki tego porodu wydawniczego i na ile punktow tego mutancika oceni komisja w skladzie: promotor-gej-o-podejsciu-antydzieci oraz promotor-stary-kawaler.

Ostatnie kilka tygodni mojej radosnej tworczosci na tej uczelni bynajmniej nie zapowiada sie w kolorach dzieciecego rozo. Pierwszy egzamin 6 maja.


A calosci przygrywa Portishead i "Machine Gun".

Saturday, 5 April 2008

Pijemy za lepszy czas






Przyjechaly Wilki (a nie wiedzialam, ze jeszcze istnieja), impreza etniczna w jednej z sal O2. Znajomi z polskiej gazety wpisali mnie na liste gosci, to poszlam, bo ile mozna przed komputerem siedziec. I bylo zaskakujaco dobrze! W skrocie: nowych piosenek nie znam i raczej nie wpadaly w ucho, ale micha mi sie ucieszyla na dzwiek starych kawalkow. Czesc koncertu byla tylko akustyczna i to im chyba najlepiej wyszlo. Tylko Gawlinski wydawal sie byc zestresowany tym, ze palic nie mozna (wiec co chwile ktorys z technicznych dostawal bluzga). I na widok czyjejs zapalniczki (wyjetej po to, zeby zrobic "swiatelko", a nie odpalic papierosa) powiedzial cos w stylu: "Uwazaj, tu nie mozna palic, przekroczyc zadnej linii. W tym poukladanym kraju BIALEGO CZLOWIEKA". I to w sumie nie wiem, jak mialo byc zrozumiane. W kazdym razie, dla mnie takie imprezy dalej sa dosc egzotyczne. Pewnie gdyby nie darmowe zaproszenie i to, ze do Areny O2 mam 10 minut, chyba nie chcialoby mi sie specjalnie wyprawiac na Wilki. I to nie to, ze gardze. Po prostu nie czuje sie tu jak jakis rozbitek losowy i nie potrzebuje misjonarzy z kraju, zeby mnie na obczyznie pocieszali. Ale wiele osob z tlumu nie ukrywalo wzruszenia, wrazenie jak na koncercie w Hali Ludowej, masa piwa, ktos pijany popchnal znajomego za to, ze jest gejem. Ot, taki polski klimacik. Napilismy sie zatem "za lepszy czas" i to by bylo na tyle.

Thursday, 3 April 2008

8000 tysiecy slow

Miesiac, 8000 tysiecy slow, dwa egzaminy z filozofii nowych mediow, zlozenie 20 stronnicowego magazynu i bedzie po studiach. Panika pelna, promotor wydzwania mi wieczorowa pora na komorke (i to ja nie mam zycia?!)i kaze sie spowiadac. Za oknem biegaja psy, koty, lisy i zaby, czyli wiosna w pelni. Plus dzisiaj obudzilam sie z przekonaniem, ze sprosny sen z Radkiem Sikorskim(nie wiem czemu z Radkiem Sikorskim, bo widzialam go na zywo tylko raz i nic brzydkiego do glowy mi nie przyszlo)to byla rzeczywistosc. Wrazenia zachowam dla siebie, bo jeszcze pan minister wpisze swoje nazwisko w google i mu moje zwierzenia wyskocza.

Pan premier mowi wlasnie w radio, ze nie musze sie juz bac, ze chwyci mnie polska skarbowka i moge spokojnie wracac. Do tego dostane wydrukowana broszurke dla re-emigranta, czyli jak sie na nowo do kraju przystosowac. Dziekuje bardzo, ale wlasnie szukam instytucji, z ktorej moglabym wydusic 6000 funtow na kolejne studia. Szukam tez samych studiow, a terminem tego wszytskiego jest 1 maja. Trzymajcie kciuki, bo jak sie nie uda, to moze faktycznie wroce by dozyc swych dni w komunalnym mieszkaniu przy rzece.

Thursday, 27 March 2008

stojaki na cd i nie tylko

Z rzeczy zabawniejszych (zalezy jak dla kogo): po spotkaniu lisowo-skimbowo-stojaczym dzwoni moj padre i mowi, ze dostal wiadomosc, ze ma kupic Wyborcza, bo jest w niej moj artykul. Bluzgnelam w pierwszym odruchu pomrocznym, ze to niemozliwe, bo nic nie pisalam. A to pani redaktor machnela na strone Wyborczej moj list do redakcji, w wersji obszarpanej tak, zeby pasowalo pod jej agende oczywiscie. Zebym wiedziala, ze to pojdzie w takiej wersji, a nie wcisniete gdzies jako wycinek, to bym cos zgrzebniejszego napisal, bo to podchodzi lekko pod populizm.
Rzecz ukazala sie tylko w wersji internetowej, wiec jeszcze nie zakladam zeszyciku z wycinkami o sobie.
Ale co tam, jak wpisze swoje nazwisko w google (wiem wiem, smutne), to wyskakuje ten kawalek. To znaczy, ze istnieje naprawde, bo wiadomo, ze jak czlowieka w google nie ma, to nie istnieje (doh!). Wiec istnieje, zaraz po liscie stu rodzajow stojakow na cd...

http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,41263,5007495.html

Wednesday, 26 March 2008

Lower East Side Artistes

Wiedzialam, ze pojade do Londynu, jeszcze zanim zaczelam uczyc sie angielskiego. Lennon, McCartney i spolka biegajaca z gitarami na tle Big Bena, czyli jakis czarno bialy wycinek, ktorego tytulu nawet nie pamietam (czarno-bialy dlatego, ze telewizor mialam czarno-bialy?). Potem coraz wiecej filmow, ale przede wszystkim muzyki stad, az wreszcie chec sprawdzenia tego, czy mogloby mi sie tu spodobac. Nie tyle czytanie przewodnikow, co wlasnie nagrania i filmy czesto sprawiaja, ze w jedne miejsca chce pojechac bardziej, niz do innych. Na rozkladzie jazdy jest oczywiscie Irlandia, ze swoja nie tylko ta zielona, ale rowniez ta o krwawej historii. Czyli Belfast, Derry. Tam, gdzie nie tylko piszczalki Claanad i Bono, ale rowniez polnoc, gdzie akcent jest ostrzejszy. Potem doda sie do tego Boston, bo to tam szmat irlandzkiej historii (tez tej gansterskiej: "Swieci z Bostonu" "The Departed").
Bedzie tez Kanada, od brzegu Wielkich Jezior przecietych granica ze Stanami do Alaski. Bo Alaska to juz oczywiscie kolejny film, a wlasciwie serial. "Przystankowe" Cicely nie istnieje, ale miasteczko, w ktorym filmowano jest zaledwie 80 mil od Anchorage. Moze pare losi, a nawet jakis Chris o poranku sie znajdzie.
A jak zniosa, jesli zniosa, te debilne wizy do Stanow, to bedzie i Nowy Jork. Troche przez filmy Woody Allen'a, ale bardziej przez muzyke i dzisiaj dokladam kolejny tytul: L.E.S. Artistes i pani Santogold. Moja nowa ulubiona piosenka tygodnia i jeden z fajniejszych klipow. A teraz wracam do przyziemnostek szkolnych, bo ponoc maja mi pomoc w zdobyciu kasy na podroze, male i duze, hej ho!

Monday, 24 March 2008

Studio 202 przedstawia sztuke na czasie pt"Juz wiosna":

-Karolu, juz wiosna
-I co z tego?
-To, ze juz dawno powinienes zdjac lyzwy!

A ja dzis spalam w czapce, podwojnym dresie i swetrze welnianym. Wiosna kalendarzowa, ale konca zimy nie widac. Tylko wilkow brakuje!

Swieta dluza sie niemilosiernie. Dzien Zmartwychwstania pelen silnych doznan, niedobrych. Bo zaczelo sie od dwoch martwych osob na mojej drodze. Jeden wypadek, jeden samobojca. I jak tu cos o tym napisac?

Thursday, 20 March 2008

No i co?




To by bylo na tyle, jesli chodzi o moja Wielkanoc w tym roku...

Monday, 17 March 2008

goście w poście





Dzieki za: zly tramwaj i marsz w deszczu, copacabane, sok porzeczkowy, poplakanie sie ze smiechu i splyniety makijaz, a zwlaszcza za nocne dyskusje przy krokiecie i za to, ze chcialo Wam sie ruszyc. Inna sprawa, ze za "urzadzanie zabaw hucznych" wiadomo-co nas czeka...

Sunday, 9 March 2008

Idzie wiosna, zaczna sie znowu wedrowki po miescie. Nie, zebym w zimie nie wedrowala, ale wole jak na glowe mi nie pada. A wiosna tutaj jest rozowo-zielono-biala. W chwili pisania za oknem slonce, deszcz i tecza tuz nad sasiednim domem.
Zdeptalam juz wszystkie sciezki przewodnikowe, a tu jeszcze tyle zostalo czesci miasta, w ktorych nie bylam. Ostatnio w moje lepkie lapki wpadla dziwna broszurka. A tam opisy roznych zakamarow. Np knajpa, w ktorej panuje totalna ciemnosc, a cala zaloga jest niewidoma. Kolejna knajpa, tylko dla ponurych i marudnych ludzi. Z nagrodami za zamowienie najbardziej mizernej piosenki, ponurymi przedstawieniami i trzyminutowymi sesjami nienawisci "speed hating". Za darmo mozna komus przez trzy minuty naublizac, a wszystkiemu przygrywa Kate Bush i Joy Division. Czytamy dalej: kursy dla rzeznikow, czyli jak oprawic wieprza, jesli ma sie dosc zafoliowanych potworkow z supermarketow. Kursy dla pszczelarzy. Mobilne bitwy poduszkowe, dla tych, ktorzy maja chec komus legalnie przywalic. Lokalizacja scisle tajna, wiadomosc o miejscu i czasie dostaje sie mailem. Jak sie ma wlasne didgeridoo (nie mam,ale wiem od kogo mozna pozyczyc), to na West Ham Lane mozna przylaczyc sie do zespolu 'aborygenow-amatorow'. I takich ofert cale strony, ale ja tam chyba wole po swojemu. Bez szukania miejsc alternatywnych na sile.
Dzis na przyklad wybralabym sie, zupelnie niealternatywnie, do Wroclawia na koncert Diany Krall. Wiem, ze dwojka z Was czytajacych (juz Wy wiecie, kim jestescie!) sie wybiera i chcialam powiedziec, ze wcale nie jestem zazdrosna, tak jak Wy bedziecie, kiedy ja pojde na Bruca. Amen.

Wednesday, 5 March 2008

Tuesday, 4 March 2008

Saaauf London

O Londynie mialo byc. Bo to tu sie rozgrywa wszystko, co narazie dla mnie najwazniejsze.
Miasto, zlepek dzielnic, wioseczek, prawie miasteczek. Sama nie pamietam, ile razy sie przeprowadzalam. Dwa razy mialam chcec rzucic wszystko w cholere i wrocic z placzem do domu, do mamy. We Wroclawiu mniejsze prawdopodobienstwo, ze ktos mnie zastrzeli. Ze jak spytam o wakacyjna prace w knajpie to uslysze, ze kelnerek to nie potrzebuja, ale znajoma Rosjanka potrzebuje masazystek do salonu, w ktorym relaksuja sie bogaci panowie. I ze doswiadczenie mi niepotrzebne, bo wydaje sie mila... We Wroclawiu, nawet jesli zaplacze sie w okolicach Trojkata Bermudzkiego, to nie poleci taka ilosc sliskich rasistowskich tekstow od kolesi stojacych w bramach.
A tu? Ide sobie wczoraj na targ, ktory jest afro-karaibska odmiana targu w Miliczu. Bo mieszkam w takim miejscu, ze jak pojde w lewo, to zaczyna sie wielka kasa, piekne samochody, drogie domy i ludzie, ktorzy mieszkaja w nich tylko w weekendy, bo w tygodniu zyja w firmach. Plus tabuny turystow, no bo poludnik zero, obserwatorium, moja piekna szkola, oraz kiedys statek, ktory sie wzial i spalil ( i nie, nie dlatego, ze ja stalam w poblizu z papierosem, jak twierdza niektorzy). Czyli Greenwich.
Jak pojde w prawo, to najpierw jest osiedle komunalne, gdzie bluzgaja na mnie nie tylko 'kolesie', ale nawet czesciej 'kolesiowy'. 147 gosci z wyrokami za gwalty (nie trzeba sie bac, bo ponoc sa monitorowani przez policje,hmm) w tej tylko jednej dzielnicy. Czyli co ktory mijany na ulicy? Im dalej w prawo, tym kasy coraz mniej, smieci wiecej, piekne domy zamienione w squaty. Inny kod pocztowy, niz dwie ulice dalej, inny swiat. Lewisham. Nawet moja kolezanka, ktora ma w sobie 8 rodzajow krwi (od jamajskiej po szkocka, ale z przewaga karaibskiej), smieje sie, ze mieszkam w getcie i pyta, czy mam swoj bialy gang i jak to mozliwe, ze jeszcze nikt mi nic nie zrobil, nie zadzgal etc.
Tez nie wiem, jak to mozliwe. Ale wiem, ze tu mam najfajniejszych sasiadow (staruszke, ktora mowi, ze jak ona zrobi impreze, to my studenci mozemy sie schowac...), to tu jest najmilsza obsluga na stacji pociagowo-kolejkowej. Ba! Nawet regularnie zaczepiaja mnie dwaj mlodziency z jakiegos amerykanskiego kosciola, ktorzy sa tu z misja nawracania. Dusze moja ratowac chca i kazdorazowo mowia mi cos w stylu, ze widac, ze moja dusza jest zagubiona (a ja grzecznie przytakuje, zamiast im powiedziec, zeby wypierdalali)i ze moze wpadlabym na sesyjke do kosciola, to mi te dusze pomoga zreperowac. Calkiem niezle, jak na poludniowy Londyn "gdzie kazdy nosi bron".

O tym, czy nosi, czy nie nosi, wole sie nie przekonywac. Ale chyba raczej nosi. W drodze na ten sam targ musze przejsc waska uliczka, miedzy samochodami. W poprzek stanal granatowy jaguar. Jak sie tu mieszka, to sie nie ma jaguara. Wiec stanal wczoraj ten woz, zasblokowal wszystko i wszystkich. Kierowca obwieszony zlotem , nawija przez komorke i ma gdzies, ze za nim samochody, przed nim samochody plus Iza probuje sie jakos przedostac. Czekam az sie pajac w bizuterii ruszy, kierowcy zaczynaja trabic. Pan pokazal wszystkim, wlacznie ze mna, srodkowy palec i tak mi sie to ladnie skomponowalo z tym, co w sluchawkach: "takie spojrzenie testamentem zalatuje" (Fisz, "Czerwona Sukienka"). I jeszcze mi sie przypomnial napis na naszym osiedlu na Czajkowskiego, na jakims murze: "witajcie w krainie, w ktorej obcy ginie".

To tylko taki wycinek Londynu, ten, ktory oswoilam najbardziej. Sa jeszcze inne fajne miejsca, ale narazie musze isc powalczyc do szkoly, bo grunt pali mi sie pod nogami.

Saturday, 1 March 2008

Dzis Kanada zniesie wizy krotkoterminowe dla Polakow. Hmm....Hmm...

Friday, 29 February 2008

"U nas, we Lwowi"

Rozne mysli czlowiekowi do glowy przychodza, jak musi siedziec w domu w piatkowy wieczor. Poza tym, ze to nienaturalne siedziec w piatkowy wieczor w domu, to jeszcze trzeba robic cos, co nudzi. Posklejalam cos tam, napisalam kilka slow. I wreszcie dostalam maila, na ktorego czekalam od tygodni.
Napisala pani z Francji, ktora tak jak ja zaczela tropic swoje korzenie. Nazwiska, miejsca, szlaki migracji ze Wschodu. Wszystko sklada sie powolutku w calosc. Pani jest najprawdopodobniej ze mna spokrewniona i obydwie grzebiemy w papierach i pamieci. Namierzona rodzina we Lwowie, u ktorej bylam w 1987, jutro telefon do ostatniej zyjacej w Miliczu Zabuzanki z klanu Skibow. Namierzony proboszcz tam na miejscu. Mama twierdzi, ze po ukrainsku zrozumiem. I postanawiam jej wierzyc heh.
Mialam trzy lata jak bylam we Lwowie i okazalo sie, ze to co pamietam (a o dziwo pamietam sporo) jest bardziej niz przydatne. Sprawdzam te wspomnienia z mama i buduje plan wyjazdu: Lwow, Bobrka, Szpilczyna i pewnie jeszcze cos, co wyjdzie w trakcie. A chodzi mi tez po glowie Zbaraz i im wiecej o tym mysle, tym bardziej kombinuje. Musze sie tylko spytac, czy jesli cos mi sie stanie to mam powolywac sie na 'wujka' z policji (czemu jestem pewna, ze to jednak bylo KGB? Nauczka na przyszlosc-jak sie cos mowi przy dzieciach, to jest duze prawdopodobienstwo,ze sobie gownarzeria zapamieta).

Takie geny...skoro rodzice poznali sie na przystanku PKS-u (co za czasy!), to nie moga oczekiwac(i na szczescie nie oczekuja), ze bede siedziec w jednym miejscu. Skoro slady z kanadyjskiej i wegierskiej strony sie zatarly, zaczne od tego, co jeszcze da sie odtworzyc. Babcia zaklinala, zebysmy tam nigdy nie jechali, bo pamietala jak Ukraincy mordowali na potege. Ale wiem tez, ze serce jej pekalo, ze musieli stamtad uciekac i to chyba dlatego chce pojechac. Kilka lat temu gadalam o tym z gosciem, ktory od 40 lat jest przewodnikiem w Bieszczadach i tez sie ciemnych opowiesci nasluchalam i to o czasach biezacych, a nie wojennych.

O, w Trojce mowia, ze tutejsza wichura zaraz do Polszy dotrze. Trzymajcie sie mocno!
Jak widac, nauka wrze az iskry leca i wcale nie rozpraszaja mnie inne sprawy. Swiat wielkich mediow stoi przede mna otworem.
Tylko jakos ostatnio mam wrazenie, ze jest to otwor odbytniczy.


Wielka Brytania wprowadzi punktowy system, podobny do australijskiego, dla ludzi spoza UE, ktorzy beda chcieli przyjechac tu do pracy. Im wiecej taki czlowiek moze "wniesc" do kraju, tym latwiej bedzie mu uzyskac pozwolenie na pobyt i prace.
Mniej wiecej tak brzmialy wiadomosci przeczytane przed minuta w BBC Radio1. Nic w tym dziwnego, gdyby nie to, ze po odczytaniu tych kilku zdan, pani-czytajaca-wiadomosci skomentowala: "Jak juz mowilam, tyczyc sie to bedzie tylko ludzi spoza Unii Europejskiej, wiec nie bedzie to mialo wplywu na POLSKICH HYDRAULIKOW". Tonem pt "niestety...".

I pytam sie, co to mial byc za komentarz? W tym kraju przebywa nielegalnie tylu ludzi, ze sam urzad imigracyjny nie jest w stanie podac liczb. Zewszad krzyki, ze trzeba jakos zahamowac naplywa emigrantow, bo zjedza Wyspy z kopytami. W porownaniu do np Holandii, te krzyki nie sa (jeszcze) tak rasistowskie. Tylko czy ta wzmianka o polskich hydraulikach byla potrzebna? Na wlasnej skorze, a raczej bojlerze, przekonalam sie, ze to angielski hydraulik powinien byc deportowany z tego kraju, za niskie kwalifikacje i prace wykonana tak nieumiejetnie, ze moj domek prawie wylecial w kosmos. Taki bardziej najemnik zatrudniony przez agencje niz hudraulik.
Widac, ze jednak Brytyjczycy zdaja sobie sprawe z tego, jak roznorodna jest ludnosc naplywowa, ale zlosliwe komentarze proponowalabym skierowac w strone tych, ktorzy lataja po ulicach z bronia albo kombinuja jak wymusic zasilki. Albo, przygarnieci przez Matke Anglie, odwdzieczaja sie wysadzajac cos w powietrze.

Trzesienia ziemi wprawdzie u mnie nie bylo(albo przespalam),ale pada i wieje i kwitnace drzewka w ogrodku wygladaja w tym wszytskim idiotycznie. Zagrajmy sobie "Chasing cars", Snow Patrol:)

Monday, 25 February 2008

10 tygodni - odliczanie

10 tygodni i moj plan piecioletni dobiegnie konca. Przyzwyczailam sie tego, ze wiem co mam do zrobienia w kolejnych latach, a tu nagle z lat zrobilo sie 10 tygodni! Woohaaa!
Odlozylam na sterte ksiazki, bez ktorych moge sie obyc. Pojada na Wyspianskiego, razem z innymi gratami, ktore niewiadomo skad sie wziely. To troche tak, jakby zrzucac balast z balonu, zeby latwiej i szybciej bylo latac.
Piatkowy wieczor na szczescie okazal sie czysta rewelacja (zaraz po odbebnieniu kilku godzin oficjalnej czesci konferencji) i juz nie pamietam kiedy sie ostatnio tak wytanczylam i usmialam. Dzis Steve wpakowal mi do torby plik plyt(One Deck & Popular i inne poczynania) i powiedzial, ze jak znajde miejsce, to on moze nawet w ten piatek zwiesc sie z gramofonami i znowu dla nas zagrac. To chyba bedzie ten element studiow, za ktorym bede tesknic najbardziej heh.

Skoro juz tu dzis jestem, to chcialam powiedziec, ze: bardzo przepraszam tych, co to czytaja i jeszcze pamietaja zasady polskiej ortografii i interpunkcji. Przepraszam za przecinki, ktorych brakuje i za zdania, ktore "Nie Robia Sensu". I za to, ze napisalam gdzies tutaj "trzcionka", majac na mysli "czcionke".

Wednesday, 20 February 2008

Australijska (Iza)Bella



W Australii zyje kot, ktory zostal oficjalnie nazwany po mnie! Jen cos wspominala, ze kiedys dziecko po mnie nazwie, ale kot trafil sie wczesniej, wiec jest mala (Iza)Bella!

Tuesday, 19 February 2008

Jak uniknac pracy grupowej w grupie? Do tego, jesli grupa to same dziewczyny? A jak powszechnie wiadomo, wole pracowac z facetami. I ze tak naprawde to nie ma zbyt wielu dziewczyn, ktore darze prawdziwa przyjaznia/zaufaniem (tak, tak, Wy czytajace zaliczacie sie do tych wyjatkow). I ze mam wiecej kolegow niz kolezanek (kolezankow:). Bo dziewczyny potrafia byc zawistne i dowalic czlowiekowi jak zaden facet.

Jedna miala pomysl na magazyn. Cztery inne go poparly. W tym ja. Po czym trzy z nich strzelily focha, juz po podziale rol. Zostalo nas dwie. Miesiace do oddania calej gazety tez zostaly dwa. A dzis poczulam jak zaciskaja mi sie piastki i jak bardzo bym chciala, zeby moja grupa byla jednoosobowa. Bo jak nie zdaze, to przez sama siebie.

Strzele zatem sama sobie focha do konca dnia. A do 'siatek', rysunkow, czcionek i innych oczoplasow wroce rano. A na teraz mam dwugodzinny koncert z Dublina: Springsteen and the Sessions Band. Duzo spiewania o Irlandczykach, ktorzy wsiedli na lodki i ruszyli za ocean. A do Stanow przybyli "z pustymi brzuchami, ale z ogniem pod nimi". Taa....Tez mam chec wsiasc na lodke, odepchnac sie nozka od brzegu i poplynac w cholere.

P.S. W weekend, poza kilkugodzinna przeprawa ze wschodu na zachod miasta i z powrotem( bo mam skleroze i jak sie nie ma w glowie to sie ma w pociagu) oraz niedzielna uderzeniowa dawka kultury(?) odbylam tez przyspieszony kurs internetowy robienia nalesnikow (umialam, ale zapomnialam;) i to tez zawdzieczam cierpliwosci i dobremu sercu kolegi. Ktory jest oczywiscie facetem.


P.S. 2
Poza Springsteenem i nalesnikami na focha dobrze tez robi Manu Chao i "Rumba De Barcelona" -fajne, bo nic nie rozumiem (poza "rumba" i "Barcelona"), wiec mozna sie odmozdzyc!

Monday, 18 February 2008

Wydarzenie Bardzo Kulturalne

Londyn ma to do siebie, ze student-szarak moze wystawic swoja prace w jakiejs zacnej instytucjii, do ktorej niekoniecznie sam chadza (bo bilety drogie, bo pelno 'sztywnych' ludzi, ktorzy w zwyklej rozmowie uzywaja slow, ktorych student nie rozumie etc.). Dzwoni wiec Skimba i mowi, ze bedzie w niedziele wieczorem w miescie, bo 'wydarzenie kulturalne' i ze moge ja spotkac, a nawet zalapac sie na 'wydarzenie', a w cenie biletu drineczek jakis wliczony. Bo ludzie kultury pija i to duzo i moze od tego im sie wydaje, ze sa tacy wielcy.
Instytucja jedna z zacniejszych, Royal Festival Hall. Przy samej rzece, ladnie widac wszystko, co fajne dookola. Tam, gdzie Hugh Grant dostaje slownego rozwolnienia i mowi do Andy Mc Dowell, ze ja kocha, zaraz przed jej slubem ze starym Szkotem. Czyli ogolnie okolica romantyczna, zwlaszcza, ze wieczor i wszystko oswietlone.

Studenci ostatniego roku animacji z Kingston University (Skimby obecna macierz) mieli zaprezentowac swoje koncowe projekty. Zeby bylo wytworniej, wszystko przy akompaniamencie London Sinfonietta. No po prostu uderzenionwa dawka kultury, a do tego bilet dostalam od pana wykladowcy z Kingston i nawet pieniedzy za niego nie chcial.
Siadlysmy sobie grzecznie na sali (sala koncertowa owszem owszem...), z nadzieja na dobre widowisko. Po 15tu minutach zaczelam rozgladac sie ktoredy by tu uciec. Do tego Skimba pisnela, ze czuje, jak jej szkliwo za zebach zaczyna pekac.
Po pol godziny, kiedy dalej znikad ani sladu animacji, ani nawet ekranu czy projektora, zaczelysmy podejrzewac, ze znowu nas w cos wrobiono(co Skimba przyrownala do pamietnego obozu w Bialogorze, na kotrym bylysmy jako prawie-opiekunki i z ktorego planowalsmy, juz po kilku dniach, uciec autostopem w Bieszczady). Chyba w kazdym kraju tak jest, ze jak gdzies brakuje ludzi na widowni, to robi sie lapanki wsrod studentow. Albo grozba (''bo sploniecie w piekle'' jak mawiaja profesorowie u mnie w szkole) albo wizja darmowych trunkow (jak mawiaja w kazdej szkole) i zawsze sie ktos nabierze. Sinfonietta, owszem profesjonalni muzycy, ale nie dalo sie oprzec wrazeniu, ze program byl strasznie wydumany. Tu by sie niegrzecznie powiedzialo "arty-farty"(artystyczne pierdy). Bo to nie byla muzyka klasyczna, tylko cos co przypomnialo podklad muzyczny do niewiadomo czego. Bez obrazu - nie do przetrawienia. Niektorzy na widowni probowali przysypiac, ale co kilkanascie sekund jeden z panow muzykow walil w wielki gong i bylo po spaniu...Strasznie to wszystko meczace i szybko zrozumialam, ze ta darmowka z baru miala pomoc w przetrwaniu. Poltorej godziny sie (i widownie) meczyli, po czym okazalo sie, ze animacje beda wyswietlane w hollu, po godzinie 21...
I co? Siadamy w hollu, swieczki na stoliczkach, zeszlo sie wiecej osob(tych studentow, ktorzy przewidzieli, ze to, co interesujace bedzie pokazywane przy koncu), odpalono projektor. Na co Skimba mowi: "PRZECIEZ JA TO JUZ WIDZIALAM NA YOUTUBE!!!".
Klasycznie. Rzecz siegnela internetu, zanim dotarla na Southbank.
Powiedzialam Skimbie, ze za rok, jak przyjdzie kolej na jej animacje, moze mi wyslac link...A takze zagrozilam, ze na urodziny (ktore sa w ta sobote) dostanie cala plyte Sinfonietty, z tym programem, ktorym nas przez poltorej godziny torturowano...

Saturday, 16 February 2008




Dla tych, co na miejscu i chcieliby sie wybrac (Skimba?) w piatek - kliknijta na ulotke i sie powiekszy.

A potem hulanki i swawole w pobliskim hotelu The Mitre, bo do glosu dojda: One Deck & Popular

Potem sil bedzie probowal Zeke, ktory na co dzien troche nam wyklada, ale bardziej sklada (filmy i muzyke)...

Thursday, 14 February 2008

Tuesday, 12 February 2008

Tak naprawde to rozbabralam nowego bloga, zeby jeszcze od czasu do czasu moc sobie publicznie napisac o swojej zajebiaszczosci i zmusic moich przyjaciol do potwierdzenia tego w komentarzach. Dzis "wiekopomna chwila", bo oddano eseje z Heideggera i kamien z nerki mi spadl, bo nie tylko zaliczylam, ale zaliczylam w pieknym stylu! Pierwszy stopien, czyli na nasze to taka szostka z plusem, usmiechem i w koronie, ha! Stara jestem, a z oceny sie ciesze, bo niestety kazdy zasrany procencik liczy sie do calosci dyplomu, a efekt koncowy tez bedzie mial spore konsekwencje. Tu to co na papierze liczy sie troszke bardziej niz w domu. Do tego ta praca byla o tyle wiekszym wyzwaniem, ze Steve (szef wszystkich szefow) kocha Heideggera i nie ma mozliwosci zagiecia go. Ja kocham Steve'a, ale uwazam, ze jest opetany, a jego obsesja na tle tego faszysty jest dla mnie nie do pojecia. Wypocilam 10 stron, dostalam piekna ocene, ale gosc nie powstrzymal sie od komentarza, ze "dalej czuje niedosyt i ze chcialby jeszcze wiecej ze mnie wydusic, bo jeszcze tyle moznaby na ten temat dyskutowac". Czyli, ze co? Ze na siodemke da sie napisac?

Czekajac na wyniki myslalam sobie, ze jesli zalicze ten scierwowaty esej, to po skonczeniu studiow go zjem. Zjem cale 10 stron. Dobrze, ze nie zdazylam tego powiedziec na glos. Jeszcze ktos by mi o tym w lipcu zechcial przypomniec.


Dzisiejszy odcinek sponsorowali The Blues Brothers oraz piosenka "Sweet Home Chicago".

Miesiac filmow mam za darmo, wiec codziennie faszeruje sie tym, co zawsze chcialam obejrzec, a nie bylo kiedy. Albo czyms zupelnie nowym. Dzis, Kusturicy "Zycie jest cudem".

Monday, 11 February 2008

Tropienie moich 'kanadyjskich przodkow' nie przynioslo zadnych rezultatow. Jedynie sentymentalne wspomnienia mojej mamy, ktora bardzo chcieli wziac do siebie. Mama znala juz wtedy tate i na wyjazd sie nie zdecydowala( a moglam byc pol Kanadyjka....), czego chyba potem zalowala. Wujostwo pomarlo, bo wiekowe bylo. Co gorsza, umarli nie pozostawiwszy potomka(stad byl pomysl sciagniecia mojej mamy do Kanady). Wzieli pod dach jakiegos chlopca, ktory nastepnie ozenil sie z jakas zla kobieta, w zwiazku z czym caly majatek poszedl w obce( i zle) rece. Nie mowiac o calkowitym zerwaniu kontaktow z Polska. Zostalo zdjecie wujostwa na scianie w moim pokoju na Wszewilkach. Listy, koperty z adresami, wszystko co moglo okazac sie przydatne, dawno juz posluzylo za podpalke. Babci nie ma, wiec nie ma informacji z pierwszej reki.

Dzis na stronie Wyborczej artykul o studiowaniu w Polsce i o tym, jakie to straszne i ponure. Na gadu gadu wiadomosc od Karoli, ze mial byc egzamin. Pan profesor-doktor-ksiadz-rehabilitowany odstawil jakas totalna samowolke w sferze godzin, podzialu i pytan , co skonczylo sie tym, ze polowa ludzi opuscila sale po 5ciu minutach. No to wrzucilam maly komentarz na forum wyborczej, bo co sobie bede zalowac... Temat wydaje sie sam mnie co chwile odnajdywac!
Ja tam dalej uparcie swoja szkole lubie. 22go moj wydzial organizuje konferencje pt "Trouble Makers/Making Trouble. Strategies of creative and critical engagement from within the academy." Chyba musze zabrac duzo kanapek( na szczescie napoje, wyskokowe rzecz jasna, zapewnia szkola), bo impreza calodniowa, a udalo sie sciagnac ludzi, ktorych warto posluchac. Potem cos, na co chyba czekam najbardziej, czyli Steve K. ( na co dzien szef wszystkich szefow, ojciec i matka naszego kierunku) w roli DJ'a w pubie hotelu The Mitre. I jak ja mam tesknic za polskim systemem edukacji?Aparat mi sie zbiesil ( a taki byl ladny, czerwony), wiec nie wiem ile z tego uda mi sie nagrac. Jak cos z tego wyjdzie, to tu wkleimy.

Thursday, 7 February 2008

http://wiadomosci.onet.pl/1465191,242,1,1,czy_polacy_nudza_sie_w_brytyjskich_szkolach,kioskart.html

Powie czlowiek pare slow na temat studiowania/pracowania/czegokolwiek w Anglii. Traif to do druku, calkiem niewinnie i bez zadzierania nosa. Potem trafi to na forum jednego z polskich portali. I zaczyna sie!

Ktos siedzi w Polsce, wiedzie zywot szczesliwy, a jednak nie odmowi sobie przyjemnosci zbesztania kogos, kto wybral inna droge. Forumowicz o pseudonimie PiSSowczyk raczej nie dalby mi pracy, gdybym postanowila wrocic i miala nieszczescie trafic na niego, jako potencjalnego pracodawce. Moja wypowiedz (tak mi sie wydaje, ze moja, bo czepia sie moich ''projektow i prezentacji'') podsumowuje w ten sposob: "Projekty i prezentacje-dobre wytlumacznie dla tumanstwa. Moze i przydaja sie na studiach dla sciemniaczy. Roznych PR, politologiacg, socjologiach. Pozniej inne tumany w zachwycie lykaja wszystko, co zobacza w prezentacji. Nie dziwne, ze "inteligentne projekty" robia furore."

Potem czytamy kilka innych wypowiedzi, a nastepnie ktos, kto podpisal sie jako 'gruby', przyklaskuje PiSSowczykowi: "Masz PiSSowczyk racje, miernota zachodniego nauczania i tepota tamtejszej gowniarzerii jest niepojeta. Nie przejmuj sie, POpierd....ktorzy posylaja tam dzieci i tak Cie zakrzycza, ale my swoje wiemy. "Umiejetnosci praktyczne", "projekty i prezentacje"?, buahhaahha. Ja zyje i pracuje w Polsce i jestem dumny, ze wyksztalcenie(od podstawowki do mgr) uzyskalem w systemie siegajacym XIX-wiecznej klasycznej edukacji".

Artykul i reszta fantazyjnych komentarzy jest do przeczytania( link w naglowku) na Onecie.

Do czego zmierzam...Nie o artykul i dyskusje o poziomach nauczania w Polsce i Wielkiej Brytanii mi chodzi. Nie studiowalam w Polsce, ale nie zaluje. Zalowalam przez kilka chwil, dopoki ktos nie oswiecil mnie, ze moge zdawac na studia tutaj i zrobic cos innego niz moi znajomi z liceum. Nie zamierzam sie licytowac i dowodzic, ze moj wydzial jest calkiem dobry w skali kraju w tym, czego uczy. Bo po co sie szarpac, kiedy uslyszalam juz, ze to i tak nie lodzka filmowka( a wcale nie o szkolach filmowych mowa).
Co mnie mierzi, to zasciankowe podejscie ludzi, ktorzy sami przyznaja sie do 'dobrego' wyksztalcenia. Pod wspomnianym artykulem komentarze byly rozne, ale od owych 'dumnych' Polakow padaly slowa, o tym, ze na mniej elitarnych uczelniach w Anglii studiuja "kolorowi". Doganiaja ich 'wschodniacy', czyli my, dzieci z Europy na wschod od Niemiec. Tylko czekam, az ktos napisze cos o tym, ze te uczelnie to wylegarnie polsko-ciapatych par. Bo widzialam juz jeden artykul pt "Ciapaty narzeczony". Bardzo mozliwe, ze czlowiek, ktory to napisal, tez wyksztalcil sie w systemie o tradycjach siegajacych XIXgo wieku.
To tylko takie urywki rozmow Polakow, tutejszych i tych na miejscu. I czy mnie to ma zachecic do powrotu? Malo zabawna wydaje mi sie wizja rozmowy kwalifikacyjnej, na ktorej podwazane moga byc moje umiejetnosci, bo studiowalam za granica, calkiem mozliwe, ze wsrod 'kolorowych'. To oczywiscie jeden z czarniejszych scenariuszy, i nie ma sie co za bardzo podniecac, bo wierze, ze nie wszyscy w Polsce oszaleli. Ale juz moja przyjaciolka, ktora tez tu studiuje, moze miec obawy. Jej chlopak jest ze Sri Lanki i dla przynajmniej kilku osob, ktore znam, jest to jakis zgrzyt.
Po prostu mi sie nie chce. Nie chce mi sie wracac do domu, gdzie kazdemu z osobna i wszystkim naraz trzeba tlumaczyc sie ze swojego wyjazdu, upewniac, ze sie nie zaluje i ze chce sie jechac gdzies dalej. Nie dostalam sie na niderlandystyke, wyladowalam w prywatnej szkole na anglistyce i ucieklam stamtad po kilku tygodniach. Zaczelam wszystko od poczatku, pomalutku i po swojemu. Chwile potem zaczelo sie wielkie 'halo' w gazetach, na temat Polakow spiacych na londynskim dworcu, Polkach puszczajacych sie bez opamietania z kim popadnie etc. Co chwile ktos oczekuje, ze opowiem sie albo 'za' albo 'przeciw' caloksztaltowi polskiej emigracji. I tu wychodze na chamke, ktora zadziera nosa, bo wypowiadac sie nie za bardzo ma chec. Bo wole robic to, co mam do roboty, bez zastanawiania sie, czy przyczyniam sie do budowania wizerunku naszej emigracji. Bardzo egoistyczne to z mojej strony. Ktos mnie nawet probowal uswiadomic, ze powinnam sie z tego powodu czuc zle. Nie czuje sie zle, zrobilam wrecz pewne 'postepy', bo w ciagu ostatnich kilku miesiecy mialam z Polakami do czynienia wiecej, niz w ciagu calych czterech lat tutaj. Byl Tusk, poszlam posluchac dwa razy. Byl profesor Bartoszewski i chwala mu za to, bo poza podpisaniem ksiazki, utwierdzil mnie (i nie tylko mnie) w przekonaniu, ze mozna zyc gdzie indziej, robic cos ciekawego i nie trzeba mieszac w to patriotyzmu(lub jego braku).

No! Troche z siebie wyrzucilam. Zalatuje grafomania, ale co tam...
Trzeba to gdzies bylo zaczac skladac w calosc. Chyba taki kolejny etap podsumowan. Stary blog musial umrzec, bo za duzo tam bylo ekshibicjonizmu i rzeczy, pod ktorymi teraz juz bym sie raczej nie podpisala.

Dobra, koniec tych wydumanych, pseudo-inteligenckich wynurzen. Ugotowalam prawdziwie patriotyczna zupe pomidorowa. "Najesc sie, najesc, i dobra!" jak mowila Bunia:)