Friday, 29 August 2008

Czerwona sukienka!

No to wymienilam chlopa na dwie sukienki. Piekne. Jedna czarna, lsniaca. Druga krwistoczerwona. Poezja!
Wyjelam pieniadze na nowy depozyt i czynsz, a tu w droge wszedl mi sklep i te kiecki. Szykuje sie jeden potencjalny slub za rok, wiec jestem juz gotowa. Ale tak naprawde to musialam sobie poprawic humor i to sie okazala najszybsza metoda. Pani za lada mowi do mne, ze teraz jest tyle czerwonych sukienek, a w lutym to zadnej nie mozna znalezc. Nie za bardzo rozumialam o co jej chodzi, bo luty to juz nie swieta i nawet na pracownicze christmas party za pozno, a i czasem jest po karnawale. Ona dalej swoje o tym lutym i wreszcie mowi, ze kobiety to zawsze na Walentynki szukaja czerwonych kiecek. I ze dobrze, ze teraz kupuje, bo moge sobie do szafy schowac i w lutym bedzie jak znalazl. To mnie zaskoczyla! W zyciu bym na to nie wpadla, ale w sumie jest to jakas mysl...Mowie jej, ze kupuje kiecke z powodow dokladnie odwrotnych-zamieniam faceta na kiecke, a nawet dwie.
Kiecki piekne, a to, ze ten rok to pod wzgledem chlopow jakis niewypal, to juz nie do konca moja wina. Najpierw zakompleksiony dziennikarzyna, ktory cale szczescie, ze sobie poszedl. Teraz wprawdzie nie nieudacznik, ale tez ciezki przypadek. Nie pozostaje nic innego jak tylko gorzko zasmiac sie nad jakoscia mezczyzn w tych czasach. I w wolnym czasie umowic sie z niezawodnym kumplem, ktory kiecki doceni, a to co w kiecce jeszcze bardziej :)

Monday, 18 August 2008

Lezy mi cos na watrobie. Moze po dlugim i glupim dniu w pracy, ktorej szczerze zawsze nie znosilam (no moze poza czasem, kiedy byla tam lepsza ekipa). Modle sie zeby cos innego w tym tygodniu wypalilo, bo juz jest apatycznie.
Dziekan Steve K. maila napisal, ze z wielka checia bedzie dj'em na naszej imprezie pozegnalnej w pazdzierniku. Ktora ja mam zorganizowac. I powinno byc conajmniej tak dobrze, jak w lutym po konferencji. A ja nie moge mu powiedziec czemu nie bedzie nawet w polowie tak dobrze. I w ogole tesknie za nim okrutnie i brakuje mi jego madrosci na co dzien. Nie bedzie pracowal na LCC, ale teraz juz sama nie wiem, czy ja tam bede, bo kasy dalej brak. Chyba powinnam zalozyc osobnego bloga, anonimowego, do smucenia.

Sunday, 17 August 2008

7 Bennett Grove, SE13 7RF





Miesiac do wyprowadzki, kilka dni wiecej do kolejnych studiow, chwytanie sie starej pracy jako deski ratunkowej. Rozpierdziel totalny, ale tez nadzieja na to, ze musi sie znowu udac. Udawalo sie tyle razy i niczego nie zaluje!
Ostatnio probowalam sobie przypomniec wszystkie kody pocztowe miejsc, w ktorych mieszkalam. Tu w Anglii. I okazalo sie, ze juz nawet nie pamietam w ilu miejscach mieszkalam/pomieszkiwalam. Ian rzucil haslo, zebysmy wytatuowali sobie na ramieniu kazdy kod pocztowy od momentu przyjazdu do Londynu. Przy SE13 7RF mieszkalam najdluzej i jakos dalej nie moge sie oswoic z mysla, ze trzeba sie pakowac. Z jednej strony nie moge sie doczekac, bo irytacja siega zenitu i wiem, ze najwyzsza pora odciac sie od pewnych spraw i ludzi. A z drugiej, zostawic domek i pokoj z widokiem na ogrodek, stara sofe na, ktorej niejednego chlopca sie calowalo (alez ja brzmie jak jakis stary oblech, hejjjj!)i cudownych sasiadow. I to chyba byl moj pierwszy 'prawdziwy' dom w Londynie. Sadzac po ilosci gratow, zasianiu maciejki i pierwszym upieczonym ciescie, stwierdzam, ze chyba osiedlilam sie tu na dobre.
Wczoraj odbyla sie druga filmowa pielgrzymka na Hackney. Miejsca najstraszniejszego do zycia, wedlug pewnych madrych badan. A tam-cudowne mieszkanie w dawnych pomieszczeniach jakiejs manufaktury. Jak z filmu. Zreszta filmowcy tam mieszkaja i wieczor filmowy nam zorganizowali. I chociaz trace pewnosc i orientacje po przekroczeniu rzeki po zmroku, czuje jak wsiakam w to miasto coraz bardziej. Coraz wiecej pojawia sie takich miniwysp, jak to mieszkanie, ktore powoli tworza mape tego mojego miasta. Kilka ulic dalej mieszkanie Iana, z tarasem na dachu, z ktorego mozna sie gapic w swiat. I teraz tylko musze znalezc takie miejsce dla siebie. Stanowczo odmawiam przeprowadzki na polnoc i uczepilam sie mojego SE, chociaz media podaja, ze tu to sie dopiero zle dzieje. Czaje sie na pokoje w New Cross, bo stamtad latwiej na nowa uczelnie dojechac. I mieszkaja tam Noel i Steve i Zeke. Nie jest tak fajnie, do rzeki dalej, a drogo w cholere, bo Goldsmiths College ma tam swoje gniazdo. Ehhh...

Thursday, 7 August 2008

Na szczescie zdazylam rano dobiec do bloga i wykasowac poznonocny wpis, wykonany po uprzednim wypiciu piw kilku. I mam nadzieje, ze nikt tego nie zdazyl przeczytac, chociaz cholera wie, bo Ci, co czytaja, nie maja zwyczaju zostawiania komentarzy.

W kazdym razie, picie w srodku tygodnia nie mialo nic wspolnego z bezrobociem, braku kredytu na studia i coraz blizszej perspektywie wyprowadzki do-cholera-wie-kad!

Wczoraj mial miejsce kolejny odcinek misji Iana, chociaz padalo, noga bolala, a przewodnik udawal, ze wie, gdzie jest. Raczej nie wiedzial, bo ma ''irracjonalny strach przed poludniowym Londynem", ale dodal tez, ze jako facet nigdy nie przyzna sie do tego, ze nie gdzie jest. Malo brakowalo, a musialby mnie przerzucic przez rame roweru, bo z kontuzjowana stopa slabo mi sie maszerowalo.

Cel- Old Nun's Head pub, w dzielnicy Nunhead. Folkowe muzykowanie panow z Brixton, ktorzy mieszaja muzyke irlandzka, walijska, szwedzka i zydowska. Cztery mandoliny, wielka traba i dwie lyzki.

Tylko, ze im dalej w poludnie poludniowego Londynu, tym mniej zabawnie, chociaz chcialoby sie wierzyc, ze to tylko media tak rozdmuchuja. Dlatego sama sie nie zapuszczam tam, gdzie nie powinnam. Ale z facetem to co innego. I najciekawsze jest to, ze jeszcze rok temu snil mi sie w najbardziej wyuzdanych snach, a na jawie dosc podobne rzeczy przychodzily mi do glowy. Teraz juz nie mam checi sie na niego rzucic, ale uwielbiam z nim maszerowac po miescie, wysluchujac roznych pomylonych historii

Jak juz domaszerowalismy do glowy starej zakonnicy (pytajac dwa razy o droge, a owszem!), wszystko poszlo zgodnie z planem. Czyli przedstawiono mi paru starych muzykow, co mnie stresuje o tyle, ze muzyke owszem kocham, ale nie produkuje i ktos zawsze chce ze mna o robieniu muzyki zbyt ambitnie rozmawiac. Za kazdym razem sie czegos nowego naucze, ale czasem moja ignorancja przeraza mnie sama...

Droga powrotna byla mniej radosna, bo trzeba sie bylo upewnic, ze dotre do domu, a zero bezposredniego transportu. Barman pomyslil sie przy wydawaniu mojej reszty, a ze kase dalam koledze i on sie nie zorientowal, przepadl moj budzet taksowkowy. No i znowu-jeszcze rok temu na propozycje nocy u kolegi w domu, serce by mi spod zeber wyskoczylo, a wczoraj pomyslalam glownie o tym, ze nie mialabym tam czym zmyc makijazu. I w ten sposob zawedrowalismy do East Dulwich (dzisiaj sprawdzilam, gdzie to jest i jest to nie w strone domu), skad ponoc jezdzil autobus prawie do domu, a stamtad mialam wziac taksowke, na ktora dostalam pieniazek. No i luz. Pelne dzentelmenstwo. Jeszcze tylko szybki toast zubrowka, ktora byla suwenira z wroclawskich wakacji. Tak, pilam wodke (ale z kieliszka, bo kieliszek z wroclawskim krasnalem tez byl suwenira)w srodku tygodnia, w srodku nocy, na przystanku, z moim bylym wykladowca. Wodka ciepla i bez soku, wiec bylo to czysto symboliczne, chociaz klimat przypomnial czasy licealne!
Oczywiscie jak juz dojechalam prawie-pod-dom taksowek nie bylo, bo srodek nocy i tygodnia, wiec piechota przez najnmniej ciekawa czesc i tak zasuwalam. Chyba nastepnym razem dam sie zabrac do domu. Juz nie w swinskich celach, ale zeby napic sie herbaty na londynskim dachu w srodku nocy:)

No i prosze. Ktos mi powiedzial ostatnio w Polsce, ze nic o facetach nie wspominam, w zwiazku z czym, niewiadomo jaka jest moja sytuaja milosna. Wiec wczoraj, napiwszy sie uprzednio wodki na przystanku, wrocilam do domu, wlaczylam komputer i napisalam od serca jaka ta sytuacja jest. Rano wszystko poszlo w wirtualny kubel i chyba bede sie raczej trzymac pisania o facetach, z ktorymi romans mi nie grozi!