Friday, 27 June 2008

Lato w pelni

Wieje, pada, znak, ze czas na Glastonbury. Biletow najpierw nie udalo sie zdobyc, a potem budzet ich juz nie zakladal. Wiec zamiast po kolana w blocie, siedze z wymalowanymi paznokciami u stop i slucham relacji z festiwalu w domu. Okazalo sie, ze z Dolly Parton to byla plotka, wiec nie spinam sie zbytnio, ze nie pojechalam. Owszem, minie mnie tez zazywanie narkotykow i seks z obcymi pod wplywem narkotykow, ale co sie odwlecze to nie uciecze.
Kolejny wypelniony formularz o prace. Prace jakakolwiek, na lato. Ale taka zeby do dupy nie byla. Zadnego kelnerowania, czy powrotu do starej korporacji. Czyli na wlasne zyczenie przedluzam bezrobocie. Z obrzydzeniem wyslalam aplikacje to muzeum figur woskowych, bo sie nadaje ze wzgledu na moja przeszlosc. Przeszlosc w obsludze klienta, rzecz jasna, bo o wosku za wiele nie wiem.
Kasia nie omieszkala przypomniec w komentarzu, ze czas na romans, ale znowu wszystko do gory nogami. Wydawaloby sie, ze po facecie w pewnym wieku mozna sie spodziewac, ze wie, co robi, ale jest to kolejny mit do obalenia. Zreszta i tak nie przeprowadzilabym sie do kraju, gdzie wszystkie filmy sa dubbingowane. W rzeczy samej, to dla mnie wiekszy problem niz dziadek nazista. Nie moj dziadek.
Z okazji zmiany okolicznosci kreuje sie wizja Wolosatego i polonin ukochanych. No chyba, ze znajde niesamowicie dobra prace, ktora nie wiazalaby sie z wyzyskiwaniem dzieci w Azji, romansowaniem ze starszymi panami lub roznoszeniem drinkow.

A piosenka na dzis i na najblizszy czas to oczywiscie The Police i "Don't Stand so Close to Me". Z przymruzeniem oka...

Sunday, 22 June 2008

Lato czas zaczac

Calkowicie przypadkiem udalo sie wczoraj oficjalnie otworzyc sezon letni. Kiedys wykladowca dzisiaj kumpel, sam wyslal sie na misje pokazania mi w Londynie tego, czego jako student na pewno nie widzialam. Nie chcialam sprawiac mu przykrosci(mowiac, ze przez oczywiste zasiedzenie zdazylam zawedrowac w miejsca, w ktorych on nie byl), wiec stawilam sie wczoraj w umowionym miejscu, w kurtce przeciwdeszczowej, bo przeciez pierwszy dzien lata...Jeszcze tylko mocna kawa i kupno zlotego krasnala ogrodowego (na urodziny kolezanki wspomnianego kolegi) i mozna zaczac swietowac nowa pore roku.
Zaczelo sie od Exhibition Road Festival, gdzie sztuka wylazla z okolicznych galerii na ulice i wymieszala sie z muzyka na zywo; od bulgarskiego choru po garazowe granie mlodych francuskich zespolow. Kanapki z niemieckiego chleba, piwo z Barcelony i deszcz z Londynu. Rzadka okazja, zeby przejsc sie srodkiem normalnie ruchliwej ulicy, na ktorej roi sie od ambasad, instytutow (w tym Instytut Sikorskiego) i innych powaznych instytucji, ktora na ten dzien zamknieto.
Festiwal ciekawie pomyslany, tylko gorzej z logistyka. Za duzo do zobaczenia, za malo czasu, za duze odleglosci. A ze razem z kolega lat mamy 66, zmeczenie dawalo sie we znaki. Na szczescie, tak jak obiecal, znal miejsca, o ktorych ja nie wiedzialam, badz nie spodziewalam sie ich w luksusowej dzielnicy South Kensington. I tak znalezlismy sie w uroczej japonskiej knajpce(pierwszy raz moge uzyc okreslenia "urocza" w stosunku do japonskiej restauracji, bo Chinatown, w ktorym i japonczykow nie brakuje, raczej przyzwyczailo mnie do wymuszonej uprzejmosci lub jawnego chamstwa tamtejszych lokali), w ktorej powinnam byla zamowic chyba porcje dla dzieci. Nie wierze, zeby dorosly czlowiek bedacy kobieta byl w stanie tyle zjesc. No i nie zjadl.To znaczy nie zjadlam, chociaz przepyszne bylo.
Kolejnym przystankiem bylo miejsce, kolo ktorego przechodzilam nieskonczona ilosc razy, kiedy pracowalam na Covent Garden, a nie zajrzalam ani razu. Winnica nad sama Tamiza, wplatana w nadrzeczne ogrody, bardzo niepozorna. Przynajmniej z zewnatrz. I niczym by sie nie odrozniala od licznych nabrzeznych tawern, gdyby nie to, ze nie byla sprzatana od lat. Poza szklankami, brud spowija wszystko. Nawet powietrze jest lepkie, co w lochu pokroju naszych wroclawkich knajp podziemnych, prawie uniemozliwia oddychanie. "Fucking repulsive" jak powiedzial Ian. Ale na tym ponoc polega caly urok. Dobrze, ze przestalo padac, porwalismy w pospiechu po szklaneczce sherry i potem juz bylo calkiem romantycznie. Nawet pomino tego, ze kolegi nie lacza ze mna zadne romantyczne stosunki. Ale miejsce robi swoje i slodziutkie sherry calkiem inaczej smakuje. Ku oburzeniu kolegi ktos powiedzial do nas, ze dobrze zrobilismy wliczajac je w nasz program wycieczki po Londynie, bo to najlepsza winiarnia w miescie. No i prosze, mialo byc niekomercyjnie, ale hawajska koszula z guzikami ze skorupek kokosa oraz plecak i kaszkiet kolegi, zrobily z nas amerykanskich turystow. Nic to. No i jak juz kazde z nas przeszlo na inna strone Tamizy, bo ja na wracalam do domu na Greewnich and Docklands Festival, a Ian na koncert na Embankment, dostalam smsa "Szkoda, ze nie poszlas ze mna, bo wlasnie spotkalem Roberta Wyatta i gaworzymy sobie przed koncertem". Juz powinnam sie byla przyzwyczaic do tego, ze tu mozna "pogaworzyc" z kims, kogo znam tylko z plyt, ale szarpnela mna lekka zazdrosc i nastepnym razem bede sie kolegi trzymac jak wesz.

Tuesday, 10 June 2008

Indy, Sowieci i kosmici, czyli zycie po studiach

Z racji, ze legitymacja studencka podziala mi do konca miesiaca, robie z niej uzytek, gdzie sie da. Na przyklad w kinie. Z ze dwa opasle czasowo filmy wyswietlaja, postanowilam za 5 funtow od sztuki zaszalec.
"Sex And The City", poza masa innych emocji, wzbudzil we mnie zazdrosc na tle nieposiadania tylu i takich butow jak bohaterki filmu. A to, ze sie nie wczulam w cale 160 minut chyba wynikalo z tego, ze nigdy z serialem na biezaco nie bylam. Wiec doszlam do wniosku, ze tak jak w przypadku Simpsonow, wystarczyla mi wersja telewizyjna.
Dzis kolejna pokusa: Indiana Jones. O ile poprzednie trzy czesci moge ogladac co jakis czas, dajac sie nabierac na Forda lubiezne teksty, tak tym razem na jednokrotnym obejrzeniu poprzestane. Wszystko bylo- kapelusz, bicz, transformacja z profesorka w poszukiwacza skarbow i przygod, piekna kobieta, rubaszny Brytyjczyk alkoholik...W miejscu nazistow tym razem Sowieci, piekna agentka obcego wywiadu(Kate Blanchett mowiaca:" Daawaj")i mniej lub bardziej ciete zarty... Tylko, ze Indy nosi spodnie dla starszych panow, za luzne, z ogromnymi zaszywkami z przodu, no i skoczny juz taki nie jest. Piekna kobieta, to stara narzeczona, od ktorej Indy zwial sprzed oltarza(prosze, jest i nawet analogia z Sex And The City), bo bal sie zobowiazan, a tymczasem ma z nia doroslego juz syna. A na jej zarzut, ze pewnie po niej bylo wiele kobiet, w ktorych zyciu zamieszal, Ford odpowiada: "Owszem bylo, ale z wszystkimi byl jeden i ten sam problem; nie byly Toba, kochanie". Mamy zatem odgrzewany romans, duzo efektow specjalnych, ale to wszystko i tak blednie przy glownych bohaterach filmu-kosmitach!
Cale szczescie, ze duzo w tym ironicznych wstawek i ze tworcy nawet nie probuja sugerowac brania filmu na powaznie. Fakt, ze Indy i stara narzeczona pobieraja sie na koniec, raczej gwarantuje, ze kolejnych czesci nie bedzie i chwala Hollywood za to!
A ze w kinie bylam sama(to znaczy sama w sali kinowej), to moglam sobie na glos zanucic slynne "tu tu tu tu, tuu tuuu tuuuu". Tak na pozegnanie!

Monday, 2 June 2008

Bruce Springsteen & The E Street Band!






Trzy tygodnie absolutnego mlynu, w czasie ktorych wszystko znowu zmienilo sie o 180 stopni.
Sesja przelknieta, wyniki zaskakujaco cieszace, wystawa udana, impreza po wystawie jeszcze bardziej, potem jeszcze kilka innych okazji do swietowania, randka na oslodzenie tego wszystkiego, oferta studiow magisterskich na University of the Arts London, a przedwczoraj cos, co przebilo nawet randke- koncert Bruca Springsteena! Absolutne wydarzenie roku, a moze raczej najlepsze podsumowanie tego roku, jakie moglam sobie zaplanowac! Bruce na wyciagniecie reki i choc ma swoje lata, to jak zaspiewal "I'm on fire" kucajac metr ode mnie, to byl seksowniejszy od niejednego mlodego faceta! Brat patrzyl na mnie troche z politowaniem, ale tez mu sie podobalo hehe. 25 utworow, starych i nowych, a The E Street Band w swietnej formie i tylko brak zmarlego niedawno Dannego Federici. Ale dzieki opowiesciom Springsteena i tak wydawalo sie, ze jednak tam byl.

Co mnie zaskoczylo, a moze nie powinno, to fakt, ze bylam najmlodsza z calego tlumu. Przynajmniej z tego na plycie stadionu. Moje pokolenie jednak jest do dupy pod wieloma wzgledami i to sie przedwczoraj znowu potwierdzilo. Ale przynajmniej spokojnie moglam sie dostac do samej barierki z przodu, nie ryzykujac urazu czaszki,przy czym starzy rockmeni wcale w miejscu nie stali i tlum skakal dosc zwawo. Kilka razy, gdyby nie barierka, zabrano by mi aparat, bo niby wolno miec, ale jednak filmowac nie za bardzo, zwlaszcza calych utworow. Na szczecie panu z obslugi przez barierke sie skakac nie chcialo, ale mialam szczere obawy, ze bedzie czekal na mnie przy wyjsciu.
Nie czekal, wiec mam pare zdjec i kilka krotkich klipow, bo tez wolalam skakac, co z filmowaniem nienajlepiej sie zgralo.