Friday, 29 February 2008

"U nas, we Lwowi"

Rozne mysli czlowiekowi do glowy przychodza, jak musi siedziec w domu w piatkowy wieczor. Poza tym, ze to nienaturalne siedziec w piatkowy wieczor w domu, to jeszcze trzeba robic cos, co nudzi. Posklejalam cos tam, napisalam kilka slow. I wreszcie dostalam maila, na ktorego czekalam od tygodni.
Napisala pani z Francji, ktora tak jak ja zaczela tropic swoje korzenie. Nazwiska, miejsca, szlaki migracji ze Wschodu. Wszystko sklada sie powolutku w calosc. Pani jest najprawdopodobniej ze mna spokrewniona i obydwie grzebiemy w papierach i pamieci. Namierzona rodzina we Lwowie, u ktorej bylam w 1987, jutro telefon do ostatniej zyjacej w Miliczu Zabuzanki z klanu Skibow. Namierzony proboszcz tam na miejscu. Mama twierdzi, ze po ukrainsku zrozumiem. I postanawiam jej wierzyc heh.
Mialam trzy lata jak bylam we Lwowie i okazalo sie, ze to co pamietam (a o dziwo pamietam sporo) jest bardziej niz przydatne. Sprawdzam te wspomnienia z mama i buduje plan wyjazdu: Lwow, Bobrka, Szpilczyna i pewnie jeszcze cos, co wyjdzie w trakcie. A chodzi mi tez po glowie Zbaraz i im wiecej o tym mysle, tym bardziej kombinuje. Musze sie tylko spytac, czy jesli cos mi sie stanie to mam powolywac sie na 'wujka' z policji (czemu jestem pewna, ze to jednak bylo KGB? Nauczka na przyszlosc-jak sie cos mowi przy dzieciach, to jest duze prawdopodobienstwo,ze sobie gownarzeria zapamieta).

Takie geny...skoro rodzice poznali sie na przystanku PKS-u (co za czasy!), to nie moga oczekiwac(i na szczescie nie oczekuja), ze bede siedziec w jednym miejscu. Skoro slady z kanadyjskiej i wegierskiej strony sie zatarly, zaczne od tego, co jeszcze da sie odtworzyc. Babcia zaklinala, zebysmy tam nigdy nie jechali, bo pamietala jak Ukraincy mordowali na potege. Ale wiem tez, ze serce jej pekalo, ze musieli stamtad uciekac i to chyba dlatego chce pojechac. Kilka lat temu gadalam o tym z gosciem, ktory od 40 lat jest przewodnikiem w Bieszczadach i tez sie ciemnych opowiesci nasluchalam i to o czasach biezacych, a nie wojennych.

O, w Trojce mowia, ze tutejsza wichura zaraz do Polszy dotrze. Trzymajcie sie mocno!
Jak widac, nauka wrze az iskry leca i wcale nie rozpraszaja mnie inne sprawy. Swiat wielkich mediow stoi przede mna otworem.
Tylko jakos ostatnio mam wrazenie, ze jest to otwor odbytniczy.


Wielka Brytania wprowadzi punktowy system, podobny do australijskiego, dla ludzi spoza UE, ktorzy beda chcieli przyjechac tu do pracy. Im wiecej taki czlowiek moze "wniesc" do kraju, tym latwiej bedzie mu uzyskac pozwolenie na pobyt i prace.
Mniej wiecej tak brzmialy wiadomosci przeczytane przed minuta w BBC Radio1. Nic w tym dziwnego, gdyby nie to, ze po odczytaniu tych kilku zdan, pani-czytajaca-wiadomosci skomentowala: "Jak juz mowilam, tyczyc sie to bedzie tylko ludzi spoza Unii Europejskiej, wiec nie bedzie to mialo wplywu na POLSKICH HYDRAULIKOW". Tonem pt "niestety...".

I pytam sie, co to mial byc za komentarz? W tym kraju przebywa nielegalnie tylu ludzi, ze sam urzad imigracyjny nie jest w stanie podac liczb. Zewszad krzyki, ze trzeba jakos zahamowac naplywa emigrantow, bo zjedza Wyspy z kopytami. W porownaniu do np Holandii, te krzyki nie sa (jeszcze) tak rasistowskie. Tylko czy ta wzmianka o polskich hydraulikach byla potrzebna? Na wlasnej skorze, a raczej bojlerze, przekonalam sie, ze to angielski hydraulik powinien byc deportowany z tego kraju, za niskie kwalifikacje i prace wykonana tak nieumiejetnie, ze moj domek prawie wylecial w kosmos. Taki bardziej najemnik zatrudniony przez agencje niz hudraulik.
Widac, ze jednak Brytyjczycy zdaja sobie sprawe z tego, jak roznorodna jest ludnosc naplywowa, ale zlosliwe komentarze proponowalabym skierowac w strone tych, ktorzy lataja po ulicach z bronia albo kombinuja jak wymusic zasilki. Albo, przygarnieci przez Matke Anglie, odwdzieczaja sie wysadzajac cos w powietrze.

Trzesienia ziemi wprawdzie u mnie nie bylo(albo przespalam),ale pada i wieje i kwitnace drzewka w ogrodku wygladaja w tym wszytskim idiotycznie. Zagrajmy sobie "Chasing cars", Snow Patrol:)

Monday, 25 February 2008

10 tygodni - odliczanie

10 tygodni i moj plan piecioletni dobiegnie konca. Przyzwyczailam sie tego, ze wiem co mam do zrobienia w kolejnych latach, a tu nagle z lat zrobilo sie 10 tygodni! Woohaaa!
Odlozylam na sterte ksiazki, bez ktorych moge sie obyc. Pojada na Wyspianskiego, razem z innymi gratami, ktore niewiadomo skad sie wziely. To troche tak, jakby zrzucac balast z balonu, zeby latwiej i szybciej bylo latac.
Piatkowy wieczor na szczescie okazal sie czysta rewelacja (zaraz po odbebnieniu kilku godzin oficjalnej czesci konferencji) i juz nie pamietam kiedy sie ostatnio tak wytanczylam i usmialam. Dzis Steve wpakowal mi do torby plik plyt(One Deck & Popular i inne poczynania) i powiedzial, ze jak znajde miejsce, to on moze nawet w ten piatek zwiesc sie z gramofonami i znowu dla nas zagrac. To chyba bedzie ten element studiow, za ktorym bede tesknic najbardziej heh.

Skoro juz tu dzis jestem, to chcialam powiedziec, ze: bardzo przepraszam tych, co to czytaja i jeszcze pamietaja zasady polskiej ortografii i interpunkcji. Przepraszam za przecinki, ktorych brakuje i za zdania, ktore "Nie Robia Sensu". I za to, ze napisalam gdzies tutaj "trzcionka", majac na mysli "czcionke".

Wednesday, 20 February 2008

Australijska (Iza)Bella



W Australii zyje kot, ktory zostal oficjalnie nazwany po mnie! Jen cos wspominala, ze kiedys dziecko po mnie nazwie, ale kot trafil sie wczesniej, wiec jest mala (Iza)Bella!

Tuesday, 19 February 2008

Jak uniknac pracy grupowej w grupie? Do tego, jesli grupa to same dziewczyny? A jak powszechnie wiadomo, wole pracowac z facetami. I ze tak naprawde to nie ma zbyt wielu dziewczyn, ktore darze prawdziwa przyjaznia/zaufaniem (tak, tak, Wy czytajace zaliczacie sie do tych wyjatkow). I ze mam wiecej kolegow niz kolezanek (kolezankow:). Bo dziewczyny potrafia byc zawistne i dowalic czlowiekowi jak zaden facet.

Jedna miala pomysl na magazyn. Cztery inne go poparly. W tym ja. Po czym trzy z nich strzelily focha, juz po podziale rol. Zostalo nas dwie. Miesiace do oddania calej gazety tez zostaly dwa. A dzis poczulam jak zaciskaja mi sie piastki i jak bardzo bym chciala, zeby moja grupa byla jednoosobowa. Bo jak nie zdaze, to przez sama siebie.

Strzele zatem sama sobie focha do konca dnia. A do 'siatek', rysunkow, czcionek i innych oczoplasow wroce rano. A na teraz mam dwugodzinny koncert z Dublina: Springsteen and the Sessions Band. Duzo spiewania o Irlandczykach, ktorzy wsiedli na lodki i ruszyli za ocean. A do Stanow przybyli "z pustymi brzuchami, ale z ogniem pod nimi". Taa....Tez mam chec wsiasc na lodke, odepchnac sie nozka od brzegu i poplynac w cholere.

P.S. W weekend, poza kilkugodzinna przeprawa ze wschodu na zachod miasta i z powrotem( bo mam skleroze i jak sie nie ma w glowie to sie ma w pociagu) oraz niedzielna uderzeniowa dawka kultury(?) odbylam tez przyspieszony kurs internetowy robienia nalesnikow (umialam, ale zapomnialam;) i to tez zawdzieczam cierpliwosci i dobremu sercu kolegi. Ktory jest oczywiscie facetem.


P.S. 2
Poza Springsteenem i nalesnikami na focha dobrze tez robi Manu Chao i "Rumba De Barcelona" -fajne, bo nic nie rozumiem (poza "rumba" i "Barcelona"), wiec mozna sie odmozdzyc!

Monday, 18 February 2008

Wydarzenie Bardzo Kulturalne

Londyn ma to do siebie, ze student-szarak moze wystawic swoja prace w jakiejs zacnej instytucjii, do ktorej niekoniecznie sam chadza (bo bilety drogie, bo pelno 'sztywnych' ludzi, ktorzy w zwyklej rozmowie uzywaja slow, ktorych student nie rozumie etc.). Dzwoni wiec Skimba i mowi, ze bedzie w niedziele wieczorem w miescie, bo 'wydarzenie kulturalne' i ze moge ja spotkac, a nawet zalapac sie na 'wydarzenie', a w cenie biletu drineczek jakis wliczony. Bo ludzie kultury pija i to duzo i moze od tego im sie wydaje, ze sa tacy wielcy.
Instytucja jedna z zacniejszych, Royal Festival Hall. Przy samej rzece, ladnie widac wszystko, co fajne dookola. Tam, gdzie Hugh Grant dostaje slownego rozwolnienia i mowi do Andy Mc Dowell, ze ja kocha, zaraz przed jej slubem ze starym Szkotem. Czyli ogolnie okolica romantyczna, zwlaszcza, ze wieczor i wszystko oswietlone.

Studenci ostatniego roku animacji z Kingston University (Skimby obecna macierz) mieli zaprezentowac swoje koncowe projekty. Zeby bylo wytworniej, wszystko przy akompaniamencie London Sinfonietta. No po prostu uderzenionwa dawka kultury, a do tego bilet dostalam od pana wykladowcy z Kingston i nawet pieniedzy za niego nie chcial.
Siadlysmy sobie grzecznie na sali (sala koncertowa owszem owszem...), z nadzieja na dobre widowisko. Po 15tu minutach zaczelam rozgladac sie ktoredy by tu uciec. Do tego Skimba pisnela, ze czuje, jak jej szkliwo za zebach zaczyna pekac.
Po pol godziny, kiedy dalej znikad ani sladu animacji, ani nawet ekranu czy projektora, zaczelysmy podejrzewac, ze znowu nas w cos wrobiono(co Skimba przyrownala do pamietnego obozu w Bialogorze, na kotrym bylysmy jako prawie-opiekunki i z ktorego planowalsmy, juz po kilku dniach, uciec autostopem w Bieszczady). Chyba w kazdym kraju tak jest, ze jak gdzies brakuje ludzi na widowni, to robi sie lapanki wsrod studentow. Albo grozba (''bo sploniecie w piekle'' jak mawiaja profesorowie u mnie w szkole) albo wizja darmowych trunkow (jak mawiaja w kazdej szkole) i zawsze sie ktos nabierze. Sinfonietta, owszem profesjonalni muzycy, ale nie dalo sie oprzec wrazeniu, ze program byl strasznie wydumany. Tu by sie niegrzecznie powiedzialo "arty-farty"(artystyczne pierdy). Bo to nie byla muzyka klasyczna, tylko cos co przypomnialo podklad muzyczny do niewiadomo czego. Bez obrazu - nie do przetrawienia. Niektorzy na widowni probowali przysypiac, ale co kilkanascie sekund jeden z panow muzykow walil w wielki gong i bylo po spaniu...Strasznie to wszystko meczace i szybko zrozumialam, ze ta darmowka z baru miala pomoc w przetrwaniu. Poltorej godziny sie (i widownie) meczyli, po czym okazalo sie, ze animacje beda wyswietlane w hollu, po godzinie 21...
I co? Siadamy w hollu, swieczki na stoliczkach, zeszlo sie wiecej osob(tych studentow, ktorzy przewidzieli, ze to, co interesujace bedzie pokazywane przy koncu), odpalono projektor. Na co Skimba mowi: "PRZECIEZ JA TO JUZ WIDZIALAM NA YOUTUBE!!!".
Klasycznie. Rzecz siegnela internetu, zanim dotarla na Southbank.
Powiedzialam Skimbie, ze za rok, jak przyjdzie kolej na jej animacje, moze mi wyslac link...A takze zagrozilam, ze na urodziny (ktore sa w ta sobote) dostanie cala plyte Sinfonietty, z tym programem, ktorym nas przez poltorej godziny torturowano...

Saturday, 16 February 2008




Dla tych, co na miejscu i chcieliby sie wybrac (Skimba?) w piatek - kliknijta na ulotke i sie powiekszy.

A potem hulanki i swawole w pobliskim hotelu The Mitre, bo do glosu dojda: One Deck & Popular

Potem sil bedzie probowal Zeke, ktory na co dzien troche nam wyklada, ale bardziej sklada (filmy i muzyke)...

Thursday, 14 February 2008

Tuesday, 12 February 2008

Tak naprawde to rozbabralam nowego bloga, zeby jeszcze od czasu do czasu moc sobie publicznie napisac o swojej zajebiaszczosci i zmusic moich przyjaciol do potwierdzenia tego w komentarzach. Dzis "wiekopomna chwila", bo oddano eseje z Heideggera i kamien z nerki mi spadl, bo nie tylko zaliczylam, ale zaliczylam w pieknym stylu! Pierwszy stopien, czyli na nasze to taka szostka z plusem, usmiechem i w koronie, ha! Stara jestem, a z oceny sie ciesze, bo niestety kazdy zasrany procencik liczy sie do calosci dyplomu, a efekt koncowy tez bedzie mial spore konsekwencje. Tu to co na papierze liczy sie troszke bardziej niz w domu. Do tego ta praca byla o tyle wiekszym wyzwaniem, ze Steve (szef wszystkich szefow) kocha Heideggera i nie ma mozliwosci zagiecia go. Ja kocham Steve'a, ale uwazam, ze jest opetany, a jego obsesja na tle tego faszysty jest dla mnie nie do pojecia. Wypocilam 10 stron, dostalam piekna ocene, ale gosc nie powstrzymal sie od komentarza, ze "dalej czuje niedosyt i ze chcialby jeszcze wiecej ze mnie wydusic, bo jeszcze tyle moznaby na ten temat dyskutowac". Czyli, ze co? Ze na siodemke da sie napisac?

Czekajac na wyniki myslalam sobie, ze jesli zalicze ten scierwowaty esej, to po skonczeniu studiow go zjem. Zjem cale 10 stron. Dobrze, ze nie zdazylam tego powiedziec na glos. Jeszcze ktos by mi o tym w lipcu zechcial przypomniec.


Dzisiejszy odcinek sponsorowali The Blues Brothers oraz piosenka "Sweet Home Chicago".

Miesiac filmow mam za darmo, wiec codziennie faszeruje sie tym, co zawsze chcialam obejrzec, a nie bylo kiedy. Albo czyms zupelnie nowym. Dzis, Kusturicy "Zycie jest cudem".

Monday, 11 February 2008

Tropienie moich 'kanadyjskich przodkow' nie przynioslo zadnych rezultatow. Jedynie sentymentalne wspomnienia mojej mamy, ktora bardzo chcieli wziac do siebie. Mama znala juz wtedy tate i na wyjazd sie nie zdecydowala( a moglam byc pol Kanadyjka....), czego chyba potem zalowala. Wujostwo pomarlo, bo wiekowe bylo. Co gorsza, umarli nie pozostawiwszy potomka(stad byl pomysl sciagniecia mojej mamy do Kanady). Wzieli pod dach jakiegos chlopca, ktory nastepnie ozenil sie z jakas zla kobieta, w zwiazku z czym caly majatek poszedl w obce( i zle) rece. Nie mowiac o calkowitym zerwaniu kontaktow z Polska. Zostalo zdjecie wujostwa na scianie w moim pokoju na Wszewilkach. Listy, koperty z adresami, wszystko co moglo okazac sie przydatne, dawno juz posluzylo za podpalke. Babci nie ma, wiec nie ma informacji z pierwszej reki.

Dzis na stronie Wyborczej artykul o studiowaniu w Polsce i o tym, jakie to straszne i ponure. Na gadu gadu wiadomosc od Karoli, ze mial byc egzamin. Pan profesor-doktor-ksiadz-rehabilitowany odstawil jakas totalna samowolke w sferze godzin, podzialu i pytan , co skonczylo sie tym, ze polowa ludzi opuscila sale po 5ciu minutach. No to wrzucilam maly komentarz na forum wyborczej, bo co sobie bede zalowac... Temat wydaje sie sam mnie co chwile odnajdywac!
Ja tam dalej uparcie swoja szkole lubie. 22go moj wydzial organizuje konferencje pt "Trouble Makers/Making Trouble. Strategies of creative and critical engagement from within the academy." Chyba musze zabrac duzo kanapek( na szczescie napoje, wyskokowe rzecz jasna, zapewnia szkola), bo impreza calodniowa, a udalo sie sciagnac ludzi, ktorych warto posluchac. Potem cos, na co chyba czekam najbardziej, czyli Steve K. ( na co dzien szef wszystkich szefow, ojciec i matka naszego kierunku) w roli DJ'a w pubie hotelu The Mitre. I jak ja mam tesknic za polskim systemem edukacji?Aparat mi sie zbiesil ( a taki byl ladny, czerwony), wiec nie wiem ile z tego uda mi sie nagrac. Jak cos z tego wyjdzie, to tu wkleimy.

Thursday, 7 February 2008

http://wiadomosci.onet.pl/1465191,242,1,1,czy_polacy_nudza_sie_w_brytyjskich_szkolach,kioskart.html

Powie czlowiek pare slow na temat studiowania/pracowania/czegokolwiek w Anglii. Traif to do druku, calkiem niewinnie i bez zadzierania nosa. Potem trafi to na forum jednego z polskich portali. I zaczyna sie!

Ktos siedzi w Polsce, wiedzie zywot szczesliwy, a jednak nie odmowi sobie przyjemnosci zbesztania kogos, kto wybral inna droge. Forumowicz o pseudonimie PiSSowczyk raczej nie dalby mi pracy, gdybym postanowila wrocic i miala nieszczescie trafic na niego, jako potencjalnego pracodawce. Moja wypowiedz (tak mi sie wydaje, ze moja, bo czepia sie moich ''projektow i prezentacji'') podsumowuje w ten sposob: "Projekty i prezentacje-dobre wytlumacznie dla tumanstwa. Moze i przydaja sie na studiach dla sciemniaczy. Roznych PR, politologiacg, socjologiach. Pozniej inne tumany w zachwycie lykaja wszystko, co zobacza w prezentacji. Nie dziwne, ze "inteligentne projekty" robia furore."

Potem czytamy kilka innych wypowiedzi, a nastepnie ktos, kto podpisal sie jako 'gruby', przyklaskuje PiSSowczykowi: "Masz PiSSowczyk racje, miernota zachodniego nauczania i tepota tamtejszej gowniarzerii jest niepojeta. Nie przejmuj sie, POpierd....ktorzy posylaja tam dzieci i tak Cie zakrzycza, ale my swoje wiemy. "Umiejetnosci praktyczne", "projekty i prezentacje"?, buahhaahha. Ja zyje i pracuje w Polsce i jestem dumny, ze wyksztalcenie(od podstawowki do mgr) uzyskalem w systemie siegajacym XIX-wiecznej klasycznej edukacji".

Artykul i reszta fantazyjnych komentarzy jest do przeczytania( link w naglowku) na Onecie.

Do czego zmierzam...Nie o artykul i dyskusje o poziomach nauczania w Polsce i Wielkiej Brytanii mi chodzi. Nie studiowalam w Polsce, ale nie zaluje. Zalowalam przez kilka chwil, dopoki ktos nie oswiecil mnie, ze moge zdawac na studia tutaj i zrobic cos innego niz moi znajomi z liceum. Nie zamierzam sie licytowac i dowodzic, ze moj wydzial jest calkiem dobry w skali kraju w tym, czego uczy. Bo po co sie szarpac, kiedy uslyszalam juz, ze to i tak nie lodzka filmowka( a wcale nie o szkolach filmowych mowa).
Co mnie mierzi, to zasciankowe podejscie ludzi, ktorzy sami przyznaja sie do 'dobrego' wyksztalcenia. Pod wspomnianym artykulem komentarze byly rozne, ale od owych 'dumnych' Polakow padaly slowa, o tym, ze na mniej elitarnych uczelniach w Anglii studiuja "kolorowi". Doganiaja ich 'wschodniacy', czyli my, dzieci z Europy na wschod od Niemiec. Tylko czekam, az ktos napisze cos o tym, ze te uczelnie to wylegarnie polsko-ciapatych par. Bo widzialam juz jeden artykul pt "Ciapaty narzeczony". Bardzo mozliwe, ze czlowiek, ktory to napisal, tez wyksztalcil sie w systemie o tradycjach siegajacych XIXgo wieku.
To tylko takie urywki rozmow Polakow, tutejszych i tych na miejscu. I czy mnie to ma zachecic do powrotu? Malo zabawna wydaje mi sie wizja rozmowy kwalifikacyjnej, na ktorej podwazane moga byc moje umiejetnosci, bo studiowalam za granica, calkiem mozliwe, ze wsrod 'kolorowych'. To oczywiscie jeden z czarniejszych scenariuszy, i nie ma sie co za bardzo podniecac, bo wierze, ze nie wszyscy w Polsce oszaleli. Ale juz moja przyjaciolka, ktora tez tu studiuje, moze miec obawy. Jej chlopak jest ze Sri Lanki i dla przynajmniej kilku osob, ktore znam, jest to jakis zgrzyt.
Po prostu mi sie nie chce. Nie chce mi sie wracac do domu, gdzie kazdemu z osobna i wszystkim naraz trzeba tlumaczyc sie ze swojego wyjazdu, upewniac, ze sie nie zaluje i ze chce sie jechac gdzies dalej. Nie dostalam sie na niderlandystyke, wyladowalam w prywatnej szkole na anglistyce i ucieklam stamtad po kilku tygodniach. Zaczelam wszystko od poczatku, pomalutku i po swojemu. Chwile potem zaczelo sie wielkie 'halo' w gazetach, na temat Polakow spiacych na londynskim dworcu, Polkach puszczajacych sie bez opamietania z kim popadnie etc. Co chwile ktos oczekuje, ze opowiem sie albo 'za' albo 'przeciw' caloksztaltowi polskiej emigracji. I tu wychodze na chamke, ktora zadziera nosa, bo wypowiadac sie nie za bardzo ma chec. Bo wole robic to, co mam do roboty, bez zastanawiania sie, czy przyczyniam sie do budowania wizerunku naszej emigracji. Bardzo egoistyczne to z mojej strony. Ktos mnie nawet probowal uswiadomic, ze powinnam sie z tego powodu czuc zle. Nie czuje sie zle, zrobilam wrecz pewne 'postepy', bo w ciagu ostatnich kilku miesiecy mialam z Polakami do czynienia wiecej, niz w ciagu calych czterech lat tutaj. Byl Tusk, poszlam posluchac dwa razy. Byl profesor Bartoszewski i chwala mu za to, bo poza podpisaniem ksiazki, utwierdzil mnie (i nie tylko mnie) w przekonaniu, ze mozna zyc gdzie indziej, robic cos ciekawego i nie trzeba mieszac w to patriotyzmu(lub jego braku).

No! Troche z siebie wyrzucilam. Zalatuje grafomania, ale co tam...
Trzeba to gdzies bylo zaczac skladac w calosc. Chyba taki kolejny etap podsumowan. Stary blog musial umrzec, bo za duzo tam bylo ekshibicjonizmu i rzeczy, pod ktorymi teraz juz bym sie raczej nie podpisala.

Dobra, koniec tych wydumanych, pseudo-inteligenckich wynurzen. Ugotowalam prawdziwie patriotyczna zupe pomidorowa. "Najesc sie, najesc, i dobra!" jak mowila Bunia:)

Wednesday, 6 February 2008

Przerzucam stare plyty w poszukiwaniu czegos, co nadawaloby sie do dopchania mojego mp3 i na co trafiam? Stary nieopisany dysk(jak to mozliwe, przeciez to jeden z moich staropanienskich pedantycznych nawykow!?). A tam co? Wiekowa skladanka z milickich czasow i mefistowych tancow wygibancow! Arrested Development i "Mr Wendel", a zaraz potem "Tennessee". I o to chodzi! Obie piosenki sa o sprawach powaznych, ale nie da sie przy nich stac nieruchomo. Da sie natomiast tanczyc na stolach, jak to w Mefisto po zamknieciu bywalo:)

Z rzeczy podslyszanych z ogrodka sasiadow Brazylijczykow: Os Mutantes "A Minha Menina(My girl)" . Klip na youtube jest rozbrajajacy;)

Tuesday, 5 February 2008

Kanada

Juz mi sie przypomnialo, czemu ostatnio myslalam o Kanadzie...Gadalysmy wczoraj z Jen Jen przez pol nocy, zebralo sie na wspominki i nagle ona mowi: "Wiesz, ze dalej dostaje maile z ofertami pracy w Kanadzie, pamietasz jak wysylalysmy do nich CV pracujac w hotelu?". Hehe w kazdej chwili mozemy dostac robote w jakims narciarskim kurorcie(?), z tego co pamietam, tym co nas powstrzymywalo byla kwestia wizy.Teraz powstrzymuje nas kwestia chlopaka Jenny i brak srodkow na bilet, ale poczekajmy az skonczymy studia....Niekoniecznie kurort narciarski, bo hotelowanie nam sie dawno przejadlo, ale cos zwiazanego z wyksztalceniem, czemu nie?

Za dwa tygodnie pierwszy pokaz U23D i znowu nie moge zaplacic swoja karta przez internet, a zwazywszy na to, ze jeszcze nie wytlumaczylam ojcu, ze ten debet na polskiej karcie to przez bilet na Bruce'a, chyba nie pojde na premiere...Bo pojde dzien pozniej, iha!

Monday, 4 February 2008

DAKOTA

Dzis wieczorem goraca linia Londyn-Gold Coast Australia. Przynajmniej dwie godziny na telefonie z Jenny! W BBC radio1 ktos to przeczul, bo coraz czesciej bebni w nim Dakota, hymn starych dni:)
Na U2 bylam z Jen Jen, na Bruca ide sama, ale pewnie skonczy sie tak, ze bedzie sluchala koncertu przez komorke, ha!
Tymczasem powrot na ziemie, do Zizka i jego dywagacji na temat implantow ukladu nerwowego i avatorow...

Saturday, 2 February 2008

Jedna z dajacych sie ogladac, i to za darmo, rzeczy w polskiej telewizji internetowej jest program Cejrowskiego "Boso przez swiat". I nie o prowadzacego tu chodzi, ale o miejsca, w ktore sie wyprawia. Nowy Tony Halik to on nie jest, ale jesli nie skupiac sie za bardzo na jego czesto prostackich komentarzach, mozna przez 24 minuty pomarzyc o tym, ze i dla mnie kiedys kasa na takie wyjazdy sie znajdzie. Jak narazie, im wiecej roboty, tym bardziej mysli od niej odbiegaja i uaktywnia sie zagluszana mysl o kolejnym wyjezdzie. Zapakowac nagromadzone przez 4 lata graty, wyslac do domu, zahaczyc o Wroclaw, zabrac zasyfiony w czasie remontu plecak i zmienic klimat.
Nie czas jeszcze na Wroclaw, wiec to nie tesknota za domem wypycha mnie w myslach z Londynu.

Na pewno jestem tu do konca maja. Bo sesja, bo moze Dublin z Karolem. To co wiem na pewno: Bruce Springsteen 31 maja, wooohaaa!