


Na nic knucie o sierpniowych Bieszczadach, do Polski trzeba bylo leciec praktycznie z dnia na dzien i wedrowac prosto do banku, bo biurokracja zrobila ze mnie bankruta (na szczescie tylko chwilowo). Wyszly z tego dwunastodniowe wakacje i gdyby nie kolejna trauma dentystyczna (ktora pochlonela 5 dni i czesc oszczednosci), to wszystko byloby pieknie! A tak nie udalo mi sie nawet posmigac rowerem po Dolinie Baryczy.
Ale ale...
Wroclaw latem to jest to! Mniejsza z rozkopami i chaosem komunikacyjnym. Wroclaw Non Stop i wplatajacy sie wen festiwal Era Nowe Horyzonty to klasa sama w sobie i juz wiem, ze za rok bedzie karnecik. Ostatnie dwa dni wolne od wiertel i pilnikow dentystycznych spedzilam w kinie, a to nawet nie ulamek tego, co bylo w ofercie. No i niestety minelam sie ze znajomymi ze studiow, ktorzy przylecieli do Wroclawia specjalnie na Ere. A poza konkursem filmowym, retrospektywami przeroznej masci, wystawami o tematyce filmowej i tradycyjnymi seansami filmowymi, mozna tez bylo, za darmoszke, wieczorem ogladac filmy na rynku, ktory przebija kazda sale kinowa! Wiec w brode sobie pluje, ze tylko na dwa dni sie zalapalam i ze tyle mi z Wroclawia Non Stop umknelo. A ze w domu w lecie nie bylam od 3 lat, to nacieszyc sie tym wszystkim nie moglam i kusilo, zeby na samolot w niedziele nie zdazyc.
Lis jak zwykle nie zawiodl i zjechal, razem z totalnie organiczna cytrynowka. Udalo nam sie w ostatniej chwili wyhaczyc bilety na Manu Chao, ktory przez 2,5 godziny trzasl Wyspa Piaskowa i byl to chyba jeden z najlepszych koncertow, na jakich bylam!
A tu wracam na stare smieci i od pierwszego dnia bajzel. Wszystko od poczatku: szukanie kredytu i domu, przy rownoczesnej probie cieszenia sie latem i znajomymi, bo to ostatnie takie lato!
No comments:
Post a Comment