Sunday, 22 June 2008

Lato czas zaczac

Calkowicie przypadkiem udalo sie wczoraj oficjalnie otworzyc sezon letni. Kiedys wykladowca dzisiaj kumpel, sam wyslal sie na misje pokazania mi w Londynie tego, czego jako student na pewno nie widzialam. Nie chcialam sprawiac mu przykrosci(mowiac, ze przez oczywiste zasiedzenie zdazylam zawedrowac w miejsca, w ktorych on nie byl), wiec stawilam sie wczoraj w umowionym miejscu, w kurtce przeciwdeszczowej, bo przeciez pierwszy dzien lata...Jeszcze tylko mocna kawa i kupno zlotego krasnala ogrodowego (na urodziny kolezanki wspomnianego kolegi) i mozna zaczac swietowac nowa pore roku.
Zaczelo sie od Exhibition Road Festival, gdzie sztuka wylazla z okolicznych galerii na ulice i wymieszala sie z muzyka na zywo; od bulgarskiego choru po garazowe granie mlodych francuskich zespolow. Kanapki z niemieckiego chleba, piwo z Barcelony i deszcz z Londynu. Rzadka okazja, zeby przejsc sie srodkiem normalnie ruchliwej ulicy, na ktorej roi sie od ambasad, instytutow (w tym Instytut Sikorskiego) i innych powaznych instytucji, ktora na ten dzien zamknieto.
Festiwal ciekawie pomyslany, tylko gorzej z logistyka. Za duzo do zobaczenia, za malo czasu, za duze odleglosci. A ze razem z kolega lat mamy 66, zmeczenie dawalo sie we znaki. Na szczescie, tak jak obiecal, znal miejsca, o ktorych ja nie wiedzialam, badz nie spodziewalam sie ich w luksusowej dzielnicy South Kensington. I tak znalezlismy sie w uroczej japonskiej knajpce(pierwszy raz moge uzyc okreslenia "urocza" w stosunku do japonskiej restauracji, bo Chinatown, w ktorym i japonczykow nie brakuje, raczej przyzwyczailo mnie do wymuszonej uprzejmosci lub jawnego chamstwa tamtejszych lokali), w ktorej powinnam byla zamowic chyba porcje dla dzieci. Nie wierze, zeby dorosly czlowiek bedacy kobieta byl w stanie tyle zjesc. No i nie zjadl.To znaczy nie zjadlam, chociaz przepyszne bylo.
Kolejnym przystankiem bylo miejsce, kolo ktorego przechodzilam nieskonczona ilosc razy, kiedy pracowalam na Covent Garden, a nie zajrzalam ani razu. Winnica nad sama Tamiza, wplatana w nadrzeczne ogrody, bardzo niepozorna. Przynajmniej z zewnatrz. I niczym by sie nie odrozniala od licznych nabrzeznych tawern, gdyby nie to, ze nie byla sprzatana od lat. Poza szklankami, brud spowija wszystko. Nawet powietrze jest lepkie, co w lochu pokroju naszych wroclawkich knajp podziemnych, prawie uniemozliwia oddychanie. "Fucking repulsive" jak powiedzial Ian. Ale na tym ponoc polega caly urok. Dobrze, ze przestalo padac, porwalismy w pospiechu po szklaneczce sherry i potem juz bylo calkiem romantycznie. Nawet pomino tego, ze kolegi nie lacza ze mna zadne romantyczne stosunki. Ale miejsce robi swoje i slodziutkie sherry calkiem inaczej smakuje. Ku oburzeniu kolegi ktos powiedzial do nas, ze dobrze zrobilismy wliczajac je w nasz program wycieczki po Londynie, bo to najlepsza winiarnia w miescie. No i prosze, mialo byc niekomercyjnie, ale hawajska koszula z guzikami ze skorupek kokosa oraz plecak i kaszkiet kolegi, zrobily z nas amerykanskich turystow. Nic to. No i jak juz kazde z nas przeszlo na inna strone Tamizy, bo ja na wracalam do domu na Greewnich and Docklands Festival, a Ian na koncert na Embankment, dostalam smsa "Szkoda, ze nie poszlas ze mna, bo wlasnie spotkalem Roberta Wyatta i gaworzymy sobie przed koncertem". Juz powinnam sie byla przyzwyczaic do tego, ze tu mozna "pogaworzyc" z kims, kogo znam tylko z plyt, ale szarpnela mna lekka zazdrosc i nastepnym razem bede sie kolegi trzymac jak wesz.

5 comments:

Anonymous said...

nie chcialabym tutaj nikogo o nic podejrzewaac, ale cos mi tu pachnie romansem... :D!

Iza said...

bylas blisko, tylko pan nie ten, a tamten co byl 'ten', to juz jest 'nieten'. Ten z soboty to tez jest uroczy, ale to juz by znaczylo, ze mam jakis fetysz...

Anonymous said...

kazdy fetysz jest dobry, izo :)!

Iza said...

taaa tylko z tym fetyszem to razem mamy 66 lat, przy czym moich jest tylko 24 heh!chociaz z drugiej strony, mlodszy egzemplarz sie nie sprawdzil, wiec nie mowie nie:)

Iza said...

p.s. chyba dlatego przesterowalam bloga na polska wersje jezykowa, zeby bezkarnie pisac o chlopach, ktorzy po polsku umieja tylko "Dobzie Iziu" ;)