Swoim blogowaniem zadaje cios przemyslowi wydawniczemu, bo kiedys tylko wybranym dane bylo swoje prace publikowac. A teraz kazdy amator robi co chce i do tego co ktorys zwie sie dziennikarzem. Dlatego magazyny muzyczne padna na pysk. Armagedon. A do tego studiujemy w gownianym czasie, bo kryzys i te piekne budynki city co za oknem widzimy-wszystko runie zaraz na naszych oczach.
To takie moje wybiorcze wnioski wyniesione z dotychczasowych wykladow. Moze zdecyduje sie na dotorat, zeby przeczekac? Jak narazie dowiedzialam sie, ze 'w branzy' (ktorzy to we Wroclawiu naduzywal tego slowa i przepoteznie mnie tym wkurwial?) wypada nosic sie na czarno, trzeba podlizwyac sie ludziom, ktorych uwaza sie za totalnych dupkow oraz pije sie duzo. Na czarno nosze sie i bez tytulu magistra, dobrym drinkiem nie pogardze, ale z tym dupowlazstwem to mam problem. Nie chce mi sie gadac do kogos, kto robi kase w wydawnictwie, bo cwaniaczy. Do kogos, kto pracuje w marketingu (nastepne slowo, na dzwiek ktorego mam odruch wymiotny, bo tez jest bardzo na wyrost) i motywuje go tylko kasa. Ktos, kto uwaza, ze advertorial ma jakas wartosc dziennikarska.
Czyli tak jak sie spodziewalam, ruszyla maszyna krytycyzmu. Nie mylic z krytykanctwem. Studiowanie na jednym z ''najlepszych kursow z tego kierunku''owszem wiaze sie z duma(bo dla odmiany dostalam sie gdzies, gdzie nielatwo sie dostac), ale juz wiem, ze syfu ''w branzy'' jest tyle samo, co w filmie i tym podobnych. Po obejrzeniu dokumentu o magazynie Grazia juz wiem, ze predzej znow dostane ospy niz stane sie jedna z takich postaci. Redaktor naczelna, ktora nieudolnie kreuje sie na naczelna Vogue'a, z marnym skutkiem wizualnym, po raz drugi odbiera nagrode jakas tam. Wszystkie, lekko podstarzale, ale w dalszym ciagu noszace ciuchy dla dwudziestolatek, panie z redakcji majace dokladnie tego samego 'boba' na glowie truchtaja na obcasikach i caluja sie w powietrzu. Naczelna ma kierowce, bo w drodze do pracy musi rozmawiam przez telefon. Rzecz w tym, ze jej autko to Mini i ledwo sie z tym kierowca w nim we dwojke mieszcza. Wniosek: Iza juz wie, gdzie na pewno nie chce pracowac. Czym predzej zapuszczam mojego 'boba', chociaz przez pierwszy miesiac calkiem mi sie podobal.
Szperam w poszukiwaniu magazynow niszowych. Cokolwiek mialoby to znaczyc. W poszukiwaniu czegos, gdzie zdjecie, niezaleznie od tematyki, ma jakosc. Gdzie tekst nie jest belkotem, bo ten kto go pisze zna sie na rzeczy.
Uwielbiam Amerykanki z grupy. Swietne, bystre babki. Jedna z nich wiele lat pracowala jako ratownik w strazy pozarnej w Kalifornii, slub wziela w Vegas(nie, nie bylo Elvisa), a jej maz to swiezo emerytowany agent CIA. Powialo kolorowym amerykanskim swiatem z szarym Londynie, gdzie szanse na poderwanie agenta sluzb specjalnych z barze sa raczej nikle. Po amerykansku tez padla propozycja, zeby nasz wyimaginowany magazyn byl drukowany w Chinach, bo rzecz jasna taniej. Pomysl popadla Koreanka. A na moje pytanie dlaczego nie w Korei uslyszalam, ze tam dzieci sa bardziej pod ochrona. No to poszlysmy do naszych drukarzy, ktorzy stanowia jedyny seksowny element tej uczelni i graniem glupa wymusilysmy na panach pomoc w wyborze papieru. Najbardziej podobal mi sie pan o przydomku 'finishing Scott', co idealnie pasuje do mojej ostatniej mysli o tym, co moznaby robic na tych wszystkich Heidelbergach.
Micha mi sie wczoraj ucieszyla, bo sie dowiedzialam, ze kiedys dawno temu, za gorami, za lasami, bylam czyjas miloscia. A nie wiedzialam o tym do wczoraj.
Friday, 14 November 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment