Thursday, 7 August 2008

Na szczescie zdazylam rano dobiec do bloga i wykasowac poznonocny wpis, wykonany po uprzednim wypiciu piw kilku. I mam nadzieje, ze nikt tego nie zdazyl przeczytac, chociaz cholera wie, bo Ci, co czytaja, nie maja zwyczaju zostawiania komentarzy.

W kazdym razie, picie w srodku tygodnia nie mialo nic wspolnego z bezrobociem, braku kredytu na studia i coraz blizszej perspektywie wyprowadzki do-cholera-wie-kad!

Wczoraj mial miejsce kolejny odcinek misji Iana, chociaz padalo, noga bolala, a przewodnik udawal, ze wie, gdzie jest. Raczej nie wiedzial, bo ma ''irracjonalny strach przed poludniowym Londynem", ale dodal tez, ze jako facet nigdy nie przyzna sie do tego, ze nie gdzie jest. Malo brakowalo, a musialby mnie przerzucic przez rame roweru, bo z kontuzjowana stopa slabo mi sie maszerowalo.

Cel- Old Nun's Head pub, w dzielnicy Nunhead. Folkowe muzykowanie panow z Brixton, ktorzy mieszaja muzyke irlandzka, walijska, szwedzka i zydowska. Cztery mandoliny, wielka traba i dwie lyzki.

Tylko, ze im dalej w poludnie poludniowego Londynu, tym mniej zabawnie, chociaz chcialoby sie wierzyc, ze to tylko media tak rozdmuchuja. Dlatego sama sie nie zapuszczam tam, gdzie nie powinnam. Ale z facetem to co innego. I najciekawsze jest to, ze jeszcze rok temu snil mi sie w najbardziej wyuzdanych snach, a na jawie dosc podobne rzeczy przychodzily mi do glowy. Teraz juz nie mam checi sie na niego rzucic, ale uwielbiam z nim maszerowac po miescie, wysluchujac roznych pomylonych historii

Jak juz domaszerowalismy do glowy starej zakonnicy (pytajac dwa razy o droge, a owszem!), wszystko poszlo zgodnie z planem. Czyli przedstawiono mi paru starych muzykow, co mnie stresuje o tyle, ze muzyke owszem kocham, ale nie produkuje i ktos zawsze chce ze mna o robieniu muzyki zbyt ambitnie rozmawiac. Za kazdym razem sie czegos nowego naucze, ale czasem moja ignorancja przeraza mnie sama...

Droga powrotna byla mniej radosna, bo trzeba sie bylo upewnic, ze dotre do domu, a zero bezposredniego transportu. Barman pomyslil sie przy wydawaniu mojej reszty, a ze kase dalam koledze i on sie nie zorientowal, przepadl moj budzet taksowkowy. No i znowu-jeszcze rok temu na propozycje nocy u kolegi w domu, serce by mi spod zeber wyskoczylo, a wczoraj pomyslalam glownie o tym, ze nie mialabym tam czym zmyc makijazu. I w ten sposob zawedrowalismy do East Dulwich (dzisiaj sprawdzilam, gdzie to jest i jest to nie w strone domu), skad ponoc jezdzil autobus prawie do domu, a stamtad mialam wziac taksowke, na ktora dostalam pieniazek. No i luz. Pelne dzentelmenstwo. Jeszcze tylko szybki toast zubrowka, ktora byla suwenira z wroclawskich wakacji. Tak, pilam wodke (ale z kieliszka, bo kieliszek z wroclawskim krasnalem tez byl suwenira)w srodku tygodnia, w srodku nocy, na przystanku, z moim bylym wykladowca. Wodka ciepla i bez soku, wiec bylo to czysto symboliczne, chociaz klimat przypomnial czasy licealne!
Oczywiscie jak juz dojechalam prawie-pod-dom taksowek nie bylo, bo srodek nocy i tygodnia, wiec piechota przez najnmniej ciekawa czesc i tak zasuwalam. Chyba nastepnym razem dam sie zabrac do domu. Juz nie w swinskich celach, ale zeby napic sie herbaty na londynskim dachu w srodku nocy:)

No i prosze. Ktos mi powiedzial ostatnio w Polsce, ze nic o facetach nie wspominam, w zwiazku z czym, niewiadomo jaka jest moja sytuaja milosna. Wiec wczoraj, napiwszy sie uprzednio wodki na przystanku, wrocilam do domu, wlaczylam komputer i napisalam od serca jaka ta sytuacja jest. Rano wszystko poszlo w wirtualny kubel i chyba bede sie raczej trzymac pisania o facetach, z ktorymi romans mi nie grozi!

3 comments:

Anonymous said...

co sie masz nie rzucac?! rzucaj sie, jak daja :D:D!!!

ja ostatnio doszlam do wnisoku, ze jesli w polsce bym zostala, to bylabym juz po 10 malzenstwach i 8 rozwodach!!

:*

Iza said...

Rzucilabym sie na kogos innego, ale tam nie daja ;) I o tym byl nocno-pijacki wpis hehe. Ale widzisz, fiole, to chyba ten kraj sprawia, ze taka jestem powaznie niedorosla, jesli chodzi o sluby. Inna historia, ze trafic tu na kogos sensownego to tez sztuka. Poza tym taki maz to ciezka sprawa, bo co jesli ja zechce zyc gdzie indziej a on nie? Rozwod? :)

Anonymous said...

no wiec wlasnie... totalna zagwostka... ehhh..