


Zastanawiam sie, ile jeszcze tak pociagne. Nie pamietam, kiedy ostatnio bylam w domu przed 21sza. Przy tym, co dzieje sie teraz, koncowka trzeciego roku to byl pikus. W piatek 10 godzin na uczelni, na dzien dobry prezentacja. I ku mojemu zaskoczeniu, to ja musialam nas z tego wygrzebac. Nas, czyli grupe, w wiekszosci zenska. Chyba powinnam zaczac modlic sie o wieksze poklady cierpliwosci. W czwartkowym rajdzie po miescie, celem przygotowania prezentacji, bylam nianka, przewodnikiem i poganiaczem. Jakos sie udalo, ale wiecej sie na takie cos nie pisze.
Zjawiskiem dla mnie bylo to, ze wiekszosc ludzi, z ktorymi mam teraz do czynienia jest spoza Londynu. I to tak konkretnie spoza. Z Irlandii Polnocnej (tylko czemu same babki, sie pytam?), ze Szwecji, z kazdego mozliwego zakatka Anglii. I ja, obcokrajowiec, okazuje sie byc osoba najbardziej 'lokalna', ktora wie co i gdzie i jak i ktoredy. I rajd przez West End i ksiegarnie okazal sie byc dla wiekszosci pierwszym zderzeniem z miastem. Momentami bylo nawet zabawnie, ale ogolnie meczaca sprawa. Czy ja tez tak komus trulam 4 lata temu? Chyba nie, bo nie mialam komu. No poza Kasia, ktora mnie tu podstepnie sprowadzila.
Soho w czwartek rano, to nie Soho piatkowa noca. Zaspane uliczki, sprawiajace wrazenie skacowanych, tak jak wlasciciele leniwie otwierajacy kawiarnie i seksszopy. W jednej z witryn plakat reklamujacy ksiazke pt ''Historia wielkiego penisa", z owym wielkim penisem wypychajacym biale majty. Przystanelam, nie powiem. I zdalam sobie sprawe z indoktrynacji, jakiej kochane grono z Greenwich poddawalo mnie przez ostatnie trzy lata. Zatrzymac sie przy czyms nowym, przeczytac o co sie rozchodzi, tu zrobic zdjecie, tam spisac adres www, dostrzegac wiecej, szukac polaczen. Nie o bialych majtach tu mowie(chociaz nie powiem, bylam pod wrazeniem i cos mi sie przypomnialo, o czym nie moge tu napisac, na wypadek gdyby ta osoba jeszcze na tego bloga zagladala...), ale o eksploracji tego, czy kazdego innego, miasta. A te moje dzieciatka z grupy jak te owce. Byle pedem, byle biegiem, czy jeszcze jestesmy w Soho, czy jak przejdziemy przez ulice to juz wyjdziemy z Soho i gdzie jest metro i gdzie my w ogole jestesmy i czy ja wiem dokad ich prowadze. Nie wiem, kurwa. Chce mi sie kawy i przestancie mnie meczyc. Na szczescie jedna kolezanka jest przecudowna. Pol Irlandka pol Szwedka. Ze Sztokholmu. Postarala sie, zeby mnie szlag nie trafil i przycisnela reszte to minimalnego wysilku umyslowego. Bo jak ktos zaczyna pierwszy projekt na nowych studiach od slow ''I fucking hate London!", no to wez tu oczekuj entuzjazmu.
Ale bedzie dobrze. Jest dobrze, tylko chyba powinnam byla wyjechac na troche przed tym calym przedsiewzieciem. Olac osobistego Niemca, doktoraty i inne pierdelety. Teraz pozostaje dotrwac do maja i witaj Mediolanie:)
2 comments:
stara, wez mnie nie przerazaj tym 'masterem'!!
i jak to 'witaj mediolanie'??!!
jak narazie to sie sama przerazam, ale moze to minie:) dzis znowu dali mi wina i powoli sie oswajam...
A do Mediolanu lecimy w maju na tzw 'residential trip', ale wszystkim laskom jedno przyszlo do glowy-WLOSKIE BUTY! hrrr ;)
Post a Comment